Afro mnie motywuje do pisania :) W sumie to w wakacje jakoś nie miałam weny na pisanie na katechetycznym blogu. Więcej mojej aktywności na robótkowym: Wśród robótek.
Jak spędziłam wakacje?
1) Remont. Chcę się usamodzielnić :) czyli powoli tworzę swoje mieszkanie, w miejscu, gdzie kiedyś mój brat miał garaż. Na razie stanęło na tym, że mam ogrzewanie (jeszcze bez grzejników), wodę, posadzkę, okna i drzwi. Parapety do zamontowania. Czekam na elektryka.
2) Wyszywanie - moje hobby. Efekty na drugim blogu.
3) Hiszpański. Mam bzika na punkcie tego języka, chcę się go nauczyć!!! Mam na to swój sposób - piosenki, filmy i telenowele, oczywiście w oryginale (najlepiej meksykańskie). W związku z tym przez całe wakacje zarywałam noce, chodząc spać ok. 4.00 nad ranem, oglądając telenowele po hiszpańsku. Efekt? Dwie telenowele obejrzane w całości po hiszpańsku, z czego jedna trzykrotnie :) A teraz zaczynam serial historyczny "Gritos de muerte y libertad" dot. meksykańskich walk o niepodległość. Może to i śmieszny sposób, ale dla mnie skuteczny. Mogłabym w tej chwili pisać to po hiszpańsku bez większych trudności. Oglądanie telenowel + jednoczesne uczenie się słówek i robienie ćwiczeń gramatycznych to dla mnie najskuteczniejsza metoda (el mas effectiva). Entonces, podemos hablar y escribir en espanol, si lo quieren. Yo prefiero. :)
W końcu nauczyłam się końcówek do Preterito indefinido i imperfecto, oraz opanowałam tryb rozkazujący, włącznie z nieregularnymi czasownikami.
4) Niewiele ruszyło w sprawie doktoratu. Wymówka? Biblioteka WSD nieczynna w wakacje.
5) Złożony wniosek o postępowanie egzaminacyjne na mianowanego.
6) Wyjazd do Karpacza w ramach prezentu dla rodziców na ich 30 rocznicę ślubu.
7) Trochę jeżdżenia rowerem - mniej, niż bym chciała, żeby było. Pielgrzymka rowerowa niestety beze mnie - kwestie zdrowotne.
Jutro do pracy. Rada w gimn - tu ok. Niestety, nadal przedszkole i stresujące kontakty z dyr. przedszkola.
Liczę na to, że od września trochę częściej tu będę zaglądać.
Hasta pronto :)
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaka jestem?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaka jestem?. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 sierpnia 2014
piątek, 10 stycznia 2014
O przyjaźni z uczniem - ciąg dalszy
Z przykrością muszę zawiadomić, że przez przypadek usunęłam komentarz od Afro pod poprzednim postem, razem z odpowiedziami do niego... Nie zrobiłam tego celowo! Przepraszam!!!
Afro nie zgadza się ze mną w sprawie przyjaźni z uczniem. Ja nie widzę w tym nic gorszącego, ponieważ relacja przyjacielska pojawiła się po opuszczeniu przez te osoby: Klaudię i Szymona (chyba mogę podać imiona?) gimnazjum. Dla mnie granicą jest ich obecność w szkole. Dopóki są moimi uczniami, obowiązuje relacja nauczyciel - uczeń, natomiast jak się ta relacja rozwinie po ukończeniu szkoły, pozostaje kwestią otwartą...
Czy przyjaźń albo pozaszkolna znajomość z BYŁYMI uczniami jest czymś nieetycznym? Moglibyśmy doprowadzić do bardzo daleko idących wniosków, np. pracuję w tej szkole, do której kiedyś chodziłam, moja dawna wychowawczyni jest moją koleżanką z pracy... i co teraz, mam nie utrzymywać z nią żadnych relacji? Przychodzą do nas do pracy nauczyciele, którzy kończyli nasze gimn., i nauczycielki, które kiedyś ich uczyły, teraz proszą o zwracanie się po imieniu... Nie wolno? Oznaczałoby to, że fakt, że kiedyś kogoś uczyłam wyklucza jakiekolwiek bliższe relacje nawet w dalszej przyszłości... Oczywiście teraz popadam w skrajności, przesadzam trochę, ale chciałam pokazać, do czego można doprowadzić takim myśleniem.
Oczywiście, zgadzam się z Afro, że nie ma mowy o przyjaźni "od serca" z aktualnym uczniem czy uczennicą. To może powodować wątpliwości moralne. We wspomnianej przeze mnie historii, w czasie nauki Szymona w naszej szkole moje zainteresowanie jego sprawami wynikało z sympatii i troski o dobro ucznia, w którym widziałam duży potencjał. Miał do mnie zaufanie jako do nauczyciela. Dopiero po ukończeniu szkoły nasze relacje przerodziły się w bardziej prywatne i przyjacielskie, z Klaudią było zresztą podobnie.
Jeszcze raz przepraszam za usunięcie posta, i zapraszam do dalszej dyskusji :)
Afro nie zgadza się ze mną w sprawie przyjaźni z uczniem. Ja nie widzę w tym nic gorszącego, ponieważ relacja przyjacielska pojawiła się po opuszczeniu przez te osoby: Klaudię i Szymona (chyba mogę podać imiona?) gimnazjum. Dla mnie granicą jest ich obecność w szkole. Dopóki są moimi uczniami, obowiązuje relacja nauczyciel - uczeń, natomiast jak się ta relacja rozwinie po ukończeniu szkoły, pozostaje kwestią otwartą...
Czy przyjaźń albo pozaszkolna znajomość z BYŁYMI uczniami jest czymś nieetycznym? Moglibyśmy doprowadzić do bardzo daleko idących wniosków, np. pracuję w tej szkole, do której kiedyś chodziłam, moja dawna wychowawczyni jest moją koleżanką z pracy... i co teraz, mam nie utrzymywać z nią żadnych relacji? Przychodzą do nas do pracy nauczyciele, którzy kończyli nasze gimn., i nauczycielki, które kiedyś ich uczyły, teraz proszą o zwracanie się po imieniu... Nie wolno? Oznaczałoby to, że fakt, że kiedyś kogoś uczyłam wyklucza jakiekolwiek bliższe relacje nawet w dalszej przyszłości... Oczywiście teraz popadam w skrajności, przesadzam trochę, ale chciałam pokazać, do czego można doprowadzić takim myśleniem.
Oczywiście, zgadzam się z Afro, że nie ma mowy o przyjaźni "od serca" z aktualnym uczniem czy uczennicą. To może powodować wątpliwości moralne. We wspomnianej przeze mnie historii, w czasie nauki Szymona w naszej szkole moje zainteresowanie jego sprawami wynikało z sympatii i troski o dobro ucznia, w którym widziałam duży potencjał. Miał do mnie zaufanie jako do nauczyciela. Dopiero po ukończeniu szkoły nasze relacje przerodziły się w bardziej prywatne i przyjacielskie, z Klaudią było zresztą podobnie.
Jeszcze raz przepraszam za usunięcie posta, i zapraszam do dalszej dyskusji :)
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Przyjaźń
Dziś trochę refleksji nad przyjaźnią, bo to bardzo ważna część życia człowieka. Bóg w Księdze Rodzaju mówi, że "nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam". Myślę, że można te słowa przenieść także na płaszczyznę przyjaźni. Nie jest dobrze, aby człowiek był sam, nie może być zupełnie samotny. Nie każdy jest powołany do małżeństwa, ale ludzie żyjący w inny sposób powinni mieć przyjaciół.
Ja nie mam ich zbyt wielu. Chyba to moja wina, jestem osobą dość trudną we współpracy, poza tym mam trudności z zawieraniem nowych znajomości. Jest jednak parę osób, z którymi mam przyjacielskie relacje, którzy mogą liczyć na mnie, a ja na nich.
Opowiem trochę o jednej z tych osób, bo to taka trochę niecodzienna sytuacja. Bo czy można przyjaźnić się z uczniem? Na szczęście teraz już byłym uczniem...Polubiłam tego chłopaka od samego początku mojej pracy - był wtedy w 1. klasie gimn., a ja nawet go nie uczyłam. Znaliśmy się z innych okoliczności - był ministrantem, zaczął przychodzić na spotkania oazy. W 2 i 3 klasie uczyłam go, miał u mnie "celujący" - bo udzielał się w oazie, zawsze pracował na lekcjach, zadawał mądre pytania... Ze względu na jego obecność we wspólnocie, miałam z nim dużo do czynienia. Stał się moją "prawą ręką". W gimn. zaczął mieć problemy z zachowaniem: wagary i inne kłopoty. A ja mu stawiałam 6 i wpisywałam pochwały... W 3 kl. doszły problemy z wiarą, bardzo poważne. Bardzo o niego walczyłam, nastawałam "w porę, nie w porę", jak mówi św. Paweł. Zależało mi, żeby nie odchodził z oazy, bo po prostu bardzo mi jest w niej potrzebny. I mimo różnych sytuacji, odchodzenia i powrotów, jest w grupie do dziś :) Poprzez rozmowy, które wtedy prowadziliśmy, dobrze go poznałam, a on mnie. Przekonałam się, że dobrze się rozumiemy. Zaczęło mi przeszkadzać to, że go uczę, bo obawiałam się, że będę stronnicza w ocenianiu, ale nic takiego nie miało miejsca. Kiedy skończył gimnazjum nasze kontakty się nie zerwały, wręcz przeciwnie, umocniły. Zaczął mi pomagać "prywatnie", np. przy remoncie w domu... Na rekolekcjach wyjazdowych z naszą grupą poprosiłam, żeby mi mówił po imieniu. I taka przyjaźń trwa do dziś, a chłopak jest już pełnoletni - nawet dostał ode mnie prezent na 18-stkę - zamówiłam w jego intencji Mszę św. :) Stał się "przyjacielem domu" - kumpluje się z moim bratem, moi rodzice bardzo go lubią. Był z nami na wakacjach, często wpada na kawę, pomagamy sobie (np. kiedy potrzebuje podwózki samochodem) itp.
A ja się często zastanawiam, jakimi dziwnymi drogami prowadzi mnie Bóg... Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie wśród uczniów znajdę takich oddanych przyjaciół - jest jeszcze jedna dziewczyna, z którą mam bardzo podobne relacje... Z tym chłopakiem mogę porozmawiać o wielu sprawach, i wiem, że znajdę u niego wsparcie. Tak samo on - zwraca się do mnie, kiedy ma jakiś problem i potrzebuje pomocy.
Czy to nie jest dziwne? Przyjaźnić się z 10 lat młodszą osobą? Myślę tak czasami... bo może tak nie powinno być? Ale kiedy kolejny raz "młody" mówi, że wleci na kawkę i sobie pogadamy, to mi się lżej na duszy robi... Dziękuję Bogu, że postawił takie osoby jak ten chłopak i ta dziewczyna na mojej drodze :)
Ja nie mam ich zbyt wielu. Chyba to moja wina, jestem osobą dość trudną we współpracy, poza tym mam trudności z zawieraniem nowych znajomości. Jest jednak parę osób, z którymi mam przyjacielskie relacje, którzy mogą liczyć na mnie, a ja na nich.
Opowiem trochę o jednej z tych osób, bo to taka trochę niecodzienna sytuacja. Bo czy można przyjaźnić się z uczniem? Na szczęście teraz już byłym uczniem...Polubiłam tego chłopaka od samego początku mojej pracy - był wtedy w 1. klasie gimn., a ja nawet go nie uczyłam. Znaliśmy się z innych okoliczności - był ministrantem, zaczął przychodzić na spotkania oazy. W 2 i 3 klasie uczyłam go, miał u mnie "celujący" - bo udzielał się w oazie, zawsze pracował na lekcjach, zadawał mądre pytania... Ze względu na jego obecność we wspólnocie, miałam z nim dużo do czynienia. Stał się moją "prawą ręką". W gimn. zaczął mieć problemy z zachowaniem: wagary i inne kłopoty. A ja mu stawiałam 6 i wpisywałam pochwały... W 3 kl. doszły problemy z wiarą, bardzo poważne. Bardzo o niego walczyłam, nastawałam "w porę, nie w porę", jak mówi św. Paweł. Zależało mi, żeby nie odchodził z oazy, bo po prostu bardzo mi jest w niej potrzebny. I mimo różnych sytuacji, odchodzenia i powrotów, jest w grupie do dziś :) Poprzez rozmowy, które wtedy prowadziliśmy, dobrze go poznałam, a on mnie. Przekonałam się, że dobrze się rozumiemy. Zaczęło mi przeszkadzać to, że go uczę, bo obawiałam się, że będę stronnicza w ocenianiu, ale nic takiego nie miało miejsca. Kiedy skończył gimnazjum nasze kontakty się nie zerwały, wręcz przeciwnie, umocniły. Zaczął mi pomagać "prywatnie", np. przy remoncie w domu... Na rekolekcjach wyjazdowych z naszą grupą poprosiłam, żeby mi mówił po imieniu. I taka przyjaźń trwa do dziś, a chłopak jest już pełnoletni - nawet dostał ode mnie prezent na 18-stkę - zamówiłam w jego intencji Mszę św. :) Stał się "przyjacielem domu" - kumpluje się z moim bratem, moi rodzice bardzo go lubią. Był z nami na wakacjach, często wpada na kawę, pomagamy sobie (np. kiedy potrzebuje podwózki samochodem) itp.
A ja się często zastanawiam, jakimi dziwnymi drogami prowadzi mnie Bóg... Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie wśród uczniów znajdę takich oddanych przyjaciół - jest jeszcze jedna dziewczyna, z którą mam bardzo podobne relacje... Z tym chłopakiem mogę porozmawiać o wielu sprawach, i wiem, że znajdę u niego wsparcie. Tak samo on - zwraca się do mnie, kiedy ma jakiś problem i potrzebuje pomocy.
Czy to nie jest dziwne? Przyjaźnić się z 10 lat młodszą osobą? Myślę tak czasami... bo może tak nie powinno być? Ale kiedy kolejny raz "młody" mówi, że wleci na kawkę i sobie pogadamy, to mi się lżej na duszy robi... Dziękuję Bogu, że postawił takie osoby jak ten chłopak i ta dziewczyna na mojej drodze :)
piątek, 31 maja 2013
Lednica 2013 - i moje bardzo mieszane uczucia...
Po raz kolejny jadę z młodzieżą na Lednicę. Niestety, z jeszcze mniejszą ochotą niż w poprzednich latach... Nie dlatego, żebym uważała, że Lednica nie jest "fajna". Wręcz przeciwnie, jest świetna! Ale problem tkwi we mnie... Jestem niepełnosprawna, chodzenie sprawia mi problemy - szybko się męczę, bolą mnie nogi... A jeśli ktoś był na Lednicy, to wie, że nawet z najbliższego parkingu trzeba przejść jakieś 2 km, żeby dotrzeć na Pola... Nie przyznaję się przed uczniami do tego, jak duży jest to dla mnie problem - nie chcę, żeby mieli poczucie winy. O moich trudnościach wiedzą właściwie trzy osoby, w tym mój brat. Brat jedzie na Lednicę, dzięki temu mam jeden problem mniej - poniesie mój plecak. Ale nie chcę go nadmiernie obciążać, a prognozy pogody są bardzo niekorzystne - ma padać, nawet bardzo. Przydałoby się zabrać dodatkową bluzę, spodnie... Poza tym, dzieciaki się będą ruszać, skakać, tańczyć, to im zimno nie będzie. A ja?
Drugi powód niechęci do Lednicy - mój egoizm. Jak jadę z grupą, to się czuję strasznie osamotniona... Im więcej osób zabieram, tym bardziej jestem sama... Wiem, że to okropny tok myślenia :( Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia - przecież oni nie jadą tam dla mnie!! I nie mam prawa wymagać, żeby dotrzymywali mi towarzystwa!! A z drugiej strony - jechać 100 km po to, aby zmoknąć, zmarznąć i poczytać książkę? Ja już Lednicy duchowo jakoś specjalnie nie przeżywam, wyrosłam z tego.
Jednak nie wyobrażam sobie, żeby nie jechać. Może to zbyt egoistyczne, ale wiem, że jeżeli ja nie pojadę, to moje dzieci też nie, bo nie będą miały z kim. I wtedy to ja będę mieć poczucie winy...
Sorry za dzisiejsze narzekanie, ale zdołowały mnie prognozy pogody. Jak jest ciepło, to przynajmniej sobie na słoneczku poleżę, i nie muszę zabierać tak dużo rzeczy...
Drugi powód niechęci do Lednicy - mój egoizm. Jak jadę z grupą, to się czuję strasznie osamotniona... Im więcej osób zabieram, tym bardziej jestem sama... Wiem, że to okropny tok myślenia :( Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia - przecież oni nie jadą tam dla mnie!! I nie mam prawa wymagać, żeby dotrzymywali mi towarzystwa!! A z drugiej strony - jechać 100 km po to, aby zmoknąć, zmarznąć i poczytać książkę? Ja już Lednicy duchowo jakoś specjalnie nie przeżywam, wyrosłam z tego.
Jednak nie wyobrażam sobie, żeby nie jechać. Może to zbyt egoistyczne, ale wiem, że jeżeli ja nie pojadę, to moje dzieci też nie, bo nie będą miały z kim. I wtedy to ja będę mieć poczucie winy...
Sorry za dzisiejsze narzekanie, ale zdołowały mnie prognozy pogody. Jak jest ciepło, to przynajmniej sobie na słoneczku poleżę, i nie muszę zabierać tak dużo rzeczy...
środa, 15 maja 2013
Udany zakup
Nie pamiętam, czy chwaliłam się już, że uczę się hiszpańskiego. Jeśli nie, robię to teraz :) Ten język bardzo mi się podoba, dlatego postanowiłam się go nauczyć, i robię to od niemal 6 lat, z przerwami. Uczę się sama, korzystam z jakiegoś samouczka, słownika, a w ubiegłym roku wymyśliłam sobie genialny sposób - oglądam telenowele - bez polskiego tłumaczenia. W końcu załapałam te wszechobecne zaimki :) Natomiast ostatnio zachciało mi się kupić książkę po hiszpańsku. Zaczęłam przeglądać sobie allegro i trafiłam na świetny przedmiot: Biblię po hiszpańsku!!!, używaną, ale jak dla mnie w dobrym stanie. Zresztą, skoro ktoś ją czytał, to chyba dobrze, nie?
Od poniedziałku jestem szczęśliwą czytelniczką hiszpańskiego wydania Biblii, w dodatku mogę sobie korzystać bez obaw, bo ma imprimatur :)
Tak wygląda:
Od poniedziałku jestem szczęśliwą czytelniczką hiszpańskiego wydania Biblii, w dodatku mogę sobie korzystać bez obaw, bo ma imprimatur :)
Tak wygląda:
wtorek, 6 listopada 2012
Zrobiłam :)
Pochwalę się nowym dziełem - chusta szydełkowa. Tym razem jestem zadowolona z efektu, wszystko wyszło tak, jak chciałam. Teraz czekam na zamówione nici, bo będę robić firankę.
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
niedziela, 4 listopada 2012
"Odświeżone" hobby
Dawno się nie odzywałam, chyba nie bardzo mam o czym pisać :) Dlatego dzisiaj będzie (znowu) o tym, co robię w wolnym czasie. Pisałam już o czytaniu książek, jeździe rowerem, chwaliłam się haftem krzyżykowym. Właściwie to lubię niemal wszystko, co można określić mianem "rękodzieła". Jakiś czas temu naszło mnie na robienie "kwiatków" techniką origami modułowego, tzw. kusudamy (takie kuliste "cosie") :)
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
piątek, 24 sierpnia 2012
Wspomnienia z wakacji
Zakochałam się w Mazurach. Ot tak, po prostu. W tym roku byłam tam drugi raz, i tegoroczny wyjazd był cudowny. Spędziłam go całkowicie zgodnie z moimi upodobaniami: rower, kajak, książka... Udało się tak dlatego, że pojechaliśmy w większym gronie, czyli rodzice i brat, wujostwo oraz mój dobry kolega. I właśnie dzięki temu ostatniemu udało mi się zrealizować moje wakacyjne plany. Ja preferuję aktywny wypoczynek, uwielbiam pojeździć sobie na rowerze, popływać, albo poczytać na słoneczku. Z kolei mój brat woli wyjazdy samochodowe do różnych miejsc i zwiedzanie, oraz pizzerie, restauracje itp. Dlatego też, w ubiegłym roku musiałam bardziej dopasować się do tego sposobu spędzania czasu. W tym roku natomiast wpadłam na genialny (jak się okazało) pomysł, aby zabrać na wakacje przyjaciela. On też lubi rowery, kajaki... dzięki temu mogłam spędzać czas w ulubiony sposób, a moi bliscy nie martwili się, że jeżdżę sama rowerem po nieznanym lesie. Na wyprawach rowerowych byliśmy trzy razy, raz na dłuższej wyprawie kajakowej rzeką Sapiną, oprócz tego podjęliśmy się robienia zakupów, i kilka razy, wstając o 7.00 rano, jechaliśmy na rowerach do oddalonych o 5 km Kruklanek po świeży chleb na śniadanie. Innym razem pojechaliśmy rowerami do Węgorzewa (reszta rodzinki pojechała samochodem)m bo odbywał się tam folklorystyczny jarmark. I jeszcze jedna ciekawostka: w Kruklankach, na słupie od linii energetycznych, zobaczyłam ciekawy znak - żółtą muszlę na niebieskim tle. Jest to oznakowanie Szlaku Jakuba, czyli Camino de Santiago de Compostela :) Okazuje się, że te średniowieczne szlaki są na nowo odkrywane i oznaczane.
Tegoroczne wakacje zaliczam więc do bardzo udanych!
Tegoroczne wakacje zaliczam więc do bardzo udanych!
| Na kajaku |
| widok na jezioro Gołdopiwo podczas wyprawy rowerowej |
| Oznaczenie Camino de Santiago |
| Jarmark w Węgorzewie - ręcznie malowane naczynia |
piątek, 19 sierpnia 2011
Rowerem...
Korzystając z ostatnich dni wakacji wybrałam się dzisiaj na przejażdżkę rowerową. Co prawda sama, nikt się chętny do towarzystwa nie znalazł. Wspominałam, że lubię jeździć rowerem? Jeśli nie, to robię to teraz :) Lubię jeździć rowerem, bo przez ponad 20 lat mojego życia był to (oprócz autobusu) jedyny dostępny dla mnie środek lokomocji. Jeździłam do szkoły, do kościoła, na zakupy, potem dojeżdżałam na przystanek, żeby dojechać na uczelnię itp. Stąd - długie dystanse mi nie straszne. A że problemy ze zdrowiem sprawiają, że piesze wędrówki są dla mnie uciążliwe, to jeśli tylko mogę, to wsiadam na rower. Dzisiaj również zaplanowałam sobie małą przejażdżkę, ok.15 km. Taka pętla - wyjechałam z podwórka w lewo, objechałam kilka wiosek i wróciłam z drugiej strony. Najprzyjemniejszy etap wypadł (ok. 6 km.) ścieżką rowerową wzdłuż lasu - jak tam ślicznie pachniało, tym bardziej, że było po deszczu (i, jak się okazało, również przed). No właśnie... "trochę" zmokłam :) Ale i to było bardzo przyjemne. Gdyby nie to, że zerwał się dość silny wiatr, to pewnie jeszcze gdzieś bym pojechała.
Jazda na rowerze sprawia mi dużą przyjemność. Choć wobec rowerów jestem bardzo wymagająca... Teraz mam taki:
tyle, że z koszyczkiem przy kierownicy. Rower dobry do jeżdżenia do pracy i po zakupy, ale trochę gorzej, jeśli chodzi o dłuższe dystanse, nie wspominając o jeżdżeniu w terenie, po lesie czy polnych drogach. Zastanawiam się nad kupnem drugiego, takiego właśnie do jazdy "terenowej", ale tak rower trochę kosztuje... A nie chcę typowego "górala", bo nie odpowiada mi taka mocno pochylona sylwetka jazdy. Z kolei na takim miejskim rowerze muszę się trzymać aż zbyt prosto. Chciałabym coś pośredniego, taki miejsko-górski rower... Ale jestem wybredna, nie? Najgorsze, że w ogóle się na tym nie znam, i nie wiem, czego szukać w sklepach. Zacznę się zastanawiać przed kolejnymi wakacjami.
Jazda na rowerze sprawia mi dużą przyjemność. Choć wobec rowerów jestem bardzo wymagająca... Teraz mam taki:
tyle, że z koszyczkiem przy kierownicy. Rower dobry do jeżdżenia do pracy i po zakupy, ale trochę gorzej, jeśli chodzi o dłuższe dystanse, nie wspominając o jeżdżeniu w terenie, po lesie czy polnych drogach. Zastanawiam się nad kupnem drugiego, takiego właśnie do jazdy "terenowej", ale tak rower trochę kosztuje... A nie chcę typowego "górala", bo nie odpowiada mi taka mocno pochylona sylwetka jazdy. Z kolei na takim miejskim rowerze muszę się trzymać aż zbyt prosto. Chciałabym coś pośredniego, taki miejsko-górski rower... Ale jestem wybredna, nie? Najgorsze, że w ogóle się na tym nie znam, i nie wiem, czego szukać w sklepach. Zacznę się zastanawiać przed kolejnymi wakacjami.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Moje hobby
Trwają wakacje (jeszcze), stąd pewien przestój w pisaniu o poważnych sprawach. Z tego to powodu poruszam ostatnio "luźniejsze" tematy. Dziś pochwalę się tym, co lubię robić w wolnym czasie.
O czytaniu książek już pisałam...
Lubię robić coś jeszcze - haftować :) A dokładniej - moją drugą pasją jest haft krzyżykowy. Pamiętam, że dawno temu moja ś.p. matka chrzestna lubiła robótki ręczne - haft, szydełko. I to mi się spodobało. Potem, w szkole podstawowej, a dokładniej w 5. klasie, nauczycielka techniki zapoznała mnie z haftem krzyżykowym. Prowadziła ona kółko techniczne, gdzie uczyłyśmy się tego sposobu haftu, można było sobie skserować różne wzory. I ta pasja została mi do dziś. Teraz mogę sobie pozwolić na więcej, bo niestety, nici trochę kosztują... a żeby haft był ładny, trzeba wykorzystać wiele rożnych kolorów. Krzyżyki mnie odprężają, dają satysfakcję zrobienia czegoś ładnego. Pochwalę się więc niektórymi moimi dziełami:
najnowsze:
Ładne?
O czytaniu książek już pisałam...
Lubię robić coś jeszcze - haftować :) A dokładniej - moją drugą pasją jest haft krzyżykowy. Pamiętam, że dawno temu moja ś.p. matka chrzestna lubiła robótki ręczne - haft, szydełko. I to mi się spodobało. Potem, w szkole podstawowej, a dokładniej w 5. klasie, nauczycielka techniki zapoznała mnie z haftem krzyżykowym. Prowadziła ona kółko techniczne, gdzie uczyłyśmy się tego sposobu haftu, można było sobie skserować różne wzory. I ta pasja została mi do dziś. Teraz mogę sobie pozwolić na więcej, bo niestety, nici trochę kosztują... a żeby haft był ładny, trzeba wykorzystać wiele rożnych kolorów. Krzyżyki mnie odprężają, dają satysfakcję zrobienia czegoś ładnego. Pochwalę się więc niektórymi moimi dziełami:
najnowsze:
trochę starsze:
Ładne?
środa, 4 maja 2011
Co czytają katechetki?
A właściwie, co czytam ja, bo za innych nie powinnam się wypowiadać.
Oczywiście, na pierwszym miejscu jest Pismo Święte. Ale czy czytanie Biblii można potraktować tak samo jak czytanie innych książek? Ja nie mogę. Biblię czytam, aby się modlić, aby spotykać się z Bogiem, aby spojrzeć na swoje życie z perspektywy wiary. To nie jest "zwykłe" czytanie. Tak więc Pismo Święte pozostaje poza kategorią :)
Czytam również literaturę "fachową" - sporo teologii, biblistyki, duchowości, pedagogiki... to czytam i z obowiązku, i dla przyjemności. Ostatnio połykam wszystko, co mi wpadnie w ręce z biblistyki, mam chyba niedosyt ze studiów. Poza tym literaturę popularnonaukową o tematyce religijnej, np. książki Szymona Hołowni.
Ok, tego się można było spodziewać. Ale, jak chyba wspominałam, katechetka to normalny (wbrew pozorom) człowiek. Czytam więc także "normalne" książki. Zakochana jestem w "Potopie" i "Quo vadis". Uwielbiam książki S. Kinga, aktualnie czytam "Bezsenność". Rozczulam się (oj, tak...) nad romansidłami, ulubioną autorką jest Judith McNaught. Uwielbiam fantastykę, bardzo mi się podobała "Trylogia Czarnego Maga" T. Canavan, a ostatnio zachwycam się "Grą o tron" (przeczytałam, a teraz oglądam serial), i siłą powstrzymuję się od dokonania kolejnego zakupu - "Starcia królów".
Wiem, powtarzam się...
Oczywiście, na pierwszym miejscu jest Pismo Święte. Ale czy czytanie Biblii można potraktować tak samo jak czytanie innych książek? Ja nie mogę. Biblię czytam, aby się modlić, aby spotykać się z Bogiem, aby spojrzeć na swoje życie z perspektywy wiary. To nie jest "zwykłe" czytanie. Tak więc Pismo Święte pozostaje poza kategorią :)
Czytam również literaturę "fachową" - sporo teologii, biblistyki, duchowości, pedagogiki... to czytam i z obowiązku, i dla przyjemności. Ostatnio połykam wszystko, co mi wpadnie w ręce z biblistyki, mam chyba niedosyt ze studiów. Poza tym literaturę popularnonaukową o tematyce religijnej, np. książki Szymona Hołowni.
Ok, tego się można było spodziewać. Ale, jak chyba wspominałam, katechetka to normalny (wbrew pozorom) człowiek. Czytam więc także "normalne" książki. Zakochana jestem w "Potopie" i "Quo vadis". Uwielbiam książki S. Kinga, aktualnie czytam "Bezsenność". Rozczulam się (oj, tak...) nad romansidłami, ulubioną autorką jest Judith McNaught. Uwielbiam fantastykę, bardzo mi się podobała "Trylogia Czarnego Maga" T. Canavan, a ostatnio zachwycam się "Grą o tron" (przeczytałam, a teraz oglądam serial), i siłą powstrzymuję się od dokonania kolejnego zakupu - "Starcia królów".
Wiem, powtarzam się...
Moja pasja - czytanie
Hmmm, dawno się nie odzywałam. Chyba dlatego, że ostatnio niewiele nowego się dzieje. W związku z tym postanowiłam dziś napisać o mojej pasji, uzależnieniu, zamiłowaniu, czy jakby to jeszcze inaczej nazwać. Chodzi o CZYTANIE KSIĄŻEK.
Nauczyłam się czytać jeszcze zanim poszłam do przedszkola - chyba zasługa mojej babci nauczycielki. W każdym razie nie pamiętam czasów, kiedy nie umiałam czytać.
Ta pasja trwa do dziś. Kiedyś czytałam niemal wszystko, co wpadło mi w ręce. Teraz, dzięki nauczycielom - polonistom, bibliotekarzom ukształtował się mój gust czytelniczy. Uwielbiam fantasy, powieści historyczne, kryminały, thrillery, horrory. Nie pogardzę dobrym romansem historycznym. Do moich ulubionych pisarzy należą m. in.: S. King, T. Canavan, C. Lackberg, F. Rivers, J. McNaught i wielu innych.
Taka pasja ma jednak jedną wadę - potrafię sporo pieniędzy wydać na książki :) Ostatni nabytek: "Mgły Avalonu (59 zł).No cóż... pracuję, to chyba mogę?
Nauczyłam się czytać jeszcze zanim poszłam do przedszkola - chyba zasługa mojej babci nauczycielki. W każdym razie nie pamiętam czasów, kiedy nie umiałam czytać.
Ta pasja trwa do dziś. Kiedyś czytałam niemal wszystko, co wpadło mi w ręce. Teraz, dzięki nauczycielom - polonistom, bibliotekarzom ukształtował się mój gust czytelniczy. Uwielbiam fantasy, powieści historyczne, kryminały, thrillery, horrory. Nie pogardzę dobrym romansem historycznym. Do moich ulubionych pisarzy należą m. in.: S. King, T. Canavan, C. Lackberg, F. Rivers, J. McNaught i wielu innych.
Taka pasja ma jednak jedną wadę - potrafię sporo pieniędzy wydać na książki :) Ostatni nabytek: "Mgły Avalonu (59 zł).No cóż... pracuję, to chyba mogę?
środa, 23 lutego 2011
Modlitwa
Umiem pięknie mówić o modlitwie, często kilka minut pozostałych do końca lekcji potrafię "przegadać" o wartości modlitwy. Ale na słowach się kończy. Sama mam z modlitwą problemy. Obarczam się różnymi modlitewnymi obowiązkami, dokładam sobie tych zobowiązań, a już po kilku dniach rezygnuję i poszukuję usprawiedliwień. Modlitwa sprawia mi trudność... Czasami mam jakiś problem, i najchętniej natychmiast zaczęłabym się w tej sprawie modlić, a kiedy znajduję chwilę wolną, to... już mi się odechciewa. Chciałabym przeżywać uniesienia na modlitwie, ale to przecież nie jest jej istotą! To tylko dodatek, "cukierek" od Boga.
Trudno... trzeba cały czas pracować nad sobą, pokonywać lenistwo duchowe...
Trudno... trzeba cały czas pracować nad sobą, pokonywać lenistwo duchowe...
piątek, 4 lutego 2011
Katechetka - zawód, powołanie czy szaleństwo?
Właśnie, co to znaczy być katechetką? Dlaczego się na to zdecydowałam? Nie umiem odpowiedzieć jednym zdaniem. To bardzo skomplikowana historia :)
Wiele rzeczy miało na to wpływ, ale to jednak dobra decyzja. Zawsze dobrze się uczyłam, jestem zdolna, nie miałam problemów z żadnym przedmiotem. W liceum namawiano mnie na anglistykę, na ekonomię, prawo..
Wiele rzeczy miało na to wpływ, ale to jednak dobra decyzja. Zawsze dobrze się uczyłam, jestem zdolna, nie miałam problemów z żadnym przedmiotem. W liceum namawiano mnie na anglistykę, na ekonomię, prawo..
Subskrybuj:
Posty (Atom)

