Z przykrością muszę zawiadomić, że przez przypadek usunęłam komentarz od Afro pod poprzednim postem, razem z odpowiedziami do niego... Nie zrobiłam tego celowo! Przepraszam!!!
Afro nie zgadza się ze mną w sprawie przyjaźni z uczniem. Ja nie widzę w tym nic gorszącego, ponieważ relacja przyjacielska pojawiła się po opuszczeniu przez te osoby: Klaudię i Szymona (chyba mogę podać imiona?) gimnazjum. Dla mnie granicą jest ich obecność w szkole. Dopóki są moimi uczniami, obowiązuje relacja nauczyciel - uczeń, natomiast jak się ta relacja rozwinie po ukończeniu szkoły, pozostaje kwestią otwartą...
Czy przyjaźń albo pozaszkolna znajomość z BYŁYMI uczniami jest czymś nieetycznym? Moglibyśmy doprowadzić do bardzo daleko idących wniosków, np. pracuję w tej szkole, do której kiedyś chodziłam, moja dawna wychowawczyni jest moją koleżanką z pracy... i co teraz, mam nie utrzymywać z nią żadnych relacji? Przychodzą do nas do pracy nauczyciele, którzy kończyli nasze gimn., i nauczycielki, które kiedyś ich uczyły, teraz proszą o zwracanie się po imieniu... Nie wolno? Oznaczałoby to, że fakt, że kiedyś kogoś uczyłam wyklucza jakiekolwiek bliższe relacje nawet w dalszej przyszłości... Oczywiście teraz popadam w skrajności, przesadzam trochę, ale chciałam pokazać, do czego można doprowadzić takim myśleniem.
Oczywiście, zgadzam się z Afro, że nie ma mowy o przyjaźni "od serca" z aktualnym uczniem czy uczennicą. To może powodować wątpliwości moralne. We wspomnianej przeze mnie historii, w czasie nauki Szymona w naszej szkole moje zainteresowanie jego sprawami wynikało z sympatii i troski o dobro ucznia, w którym widziałam duży potencjał. Miał do mnie zaufanie jako do nauczyciela. Dopiero po ukończeniu szkoły nasze relacje przerodziły się w bardziej prywatne i przyjacielskie, z Klaudią było zresztą podobnie.
Jeszcze raz przepraszam za usunięcie posta, i zapraszam do dalszej dyskusji :)
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 stycznia 2014
piątek, 31 maja 2013
Lednica 2013 - i moje bardzo mieszane uczucia...
Po raz kolejny jadę z młodzieżą na Lednicę. Niestety, z jeszcze mniejszą ochotą niż w poprzednich latach... Nie dlatego, żebym uważała, że Lednica nie jest "fajna". Wręcz przeciwnie, jest świetna! Ale problem tkwi we mnie... Jestem niepełnosprawna, chodzenie sprawia mi problemy - szybko się męczę, bolą mnie nogi... A jeśli ktoś był na Lednicy, to wie, że nawet z najbliższego parkingu trzeba przejść jakieś 2 km, żeby dotrzeć na Pola... Nie przyznaję się przed uczniami do tego, jak duży jest to dla mnie problem - nie chcę, żeby mieli poczucie winy. O moich trudnościach wiedzą właściwie trzy osoby, w tym mój brat. Brat jedzie na Lednicę, dzięki temu mam jeden problem mniej - poniesie mój plecak. Ale nie chcę go nadmiernie obciążać, a prognozy pogody są bardzo niekorzystne - ma padać, nawet bardzo. Przydałoby się zabrać dodatkową bluzę, spodnie... Poza tym, dzieciaki się będą ruszać, skakać, tańczyć, to im zimno nie będzie. A ja?
Drugi powód niechęci do Lednicy - mój egoizm. Jak jadę z grupą, to się czuję strasznie osamotniona... Im więcej osób zabieram, tym bardziej jestem sama... Wiem, że to okropny tok myślenia :( Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia - przecież oni nie jadą tam dla mnie!! I nie mam prawa wymagać, żeby dotrzymywali mi towarzystwa!! A z drugiej strony - jechać 100 km po to, aby zmoknąć, zmarznąć i poczytać książkę? Ja już Lednicy duchowo jakoś specjalnie nie przeżywam, wyrosłam z tego.
Jednak nie wyobrażam sobie, żeby nie jechać. Może to zbyt egoistyczne, ale wiem, że jeżeli ja nie pojadę, to moje dzieci też nie, bo nie będą miały z kim. I wtedy to ja będę mieć poczucie winy...
Sorry za dzisiejsze narzekanie, ale zdołowały mnie prognozy pogody. Jak jest ciepło, to przynajmniej sobie na słoneczku poleżę, i nie muszę zabierać tak dużo rzeczy...
Drugi powód niechęci do Lednicy - mój egoizm. Jak jadę z grupą, to się czuję strasznie osamotniona... Im więcej osób zabieram, tym bardziej jestem sama... Wiem, że to okropny tok myślenia :( Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia - przecież oni nie jadą tam dla mnie!! I nie mam prawa wymagać, żeby dotrzymywali mi towarzystwa!! A z drugiej strony - jechać 100 km po to, aby zmoknąć, zmarznąć i poczytać książkę? Ja już Lednicy duchowo jakoś specjalnie nie przeżywam, wyrosłam z tego.
Jednak nie wyobrażam sobie, żeby nie jechać. Może to zbyt egoistyczne, ale wiem, że jeżeli ja nie pojadę, to moje dzieci też nie, bo nie będą miały z kim. I wtedy to ja będę mieć poczucie winy...
Sorry za dzisiejsze narzekanie, ale zdołowały mnie prognozy pogody. Jak jest ciepło, to przynajmniej sobie na słoneczku poleżę, i nie muszę zabierać tak dużo rzeczy...
wtorek, 6 listopada 2012
Zrobiłam :)
Pochwalę się nowym dziełem - chusta szydełkowa. Tym razem jestem zadowolona z efektu, wszystko wyszło tak, jak chciałam. Teraz czekam na zamówione nici, bo będę robić firankę.
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
niedziela, 4 listopada 2012
"Odświeżone" hobby
Dawno się nie odzywałam, chyba nie bardzo mam o czym pisać :) Dlatego dzisiaj będzie (znowu) o tym, co robię w wolnym czasie. Pisałam już o czytaniu książek, jeździe rowerem, chwaliłam się haftem krzyżykowym. Właściwie to lubię niemal wszystko, co można określić mianem "rękodzieła". Jakiś czas temu naszło mnie na robienie "kwiatków" techniką origami modułowego, tzw. kusudamy (takie kuliste "cosie") :)
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
środa, 26 października 2011
Smutno...
Ostatnio trochę mi zgrzyta w oazie... Atmosfera się nieco zepsuła. A wszystko przez jakieś niedomówienia, niejasności, ukrywanie wzajemnych żali. Otóż podobno kilka tygodni temu, na spotkaniu, na którym po raz pierwszy byli nowi chętni z pierwszych klas gimnazjum, podczas przedstawiania (przeze mnie) pozostałych członków grupy, ktoś poczuł się urażony, pominięty, zlekceważony i takie tam podobne. Ja, oczywiście, nic o tym nie wiedziałam. Tydzień później, moja "nadworna psycholożka" X. chciała mi zwrócić uwagę, ale nie zdążyła i, cytuję "myślała, że jakoś to naprawię" - najpierw musiałabym wiedzieć, że coś zrobiłam nie tak. No cóż, czytać w myślach nie potrafię. Potem X. bardzo nie pasowało, że nie zamierzam robić luźniejszego planu dnia na naszych wyjazdowych rekolekcjach. Jej zdaniem poprzednio plan dnia był zbyt napięty. No i konflikt narastał :(
W sobotę wieczorem X. uznała za stosowne wyjaśnić mi swoje żale w dość długich wiadomościach przesyłanych za pomocą internetu. Niestety, ogólny wynik rozmowy nie był dla mnie przyjemny... Wyszło na to, że jestem niesprawiedliwa wobec oazowiczów, że podczas przedstawiania o jednych powiedziałam mniej, o innych więcej i przez to poczuli się urażeni, że poprzednie rekolekcje doprowadziły do podziałów i spowodowały problemy, i ogólnie wszystko jest beznadziejne - tak końcówka to już moja '"nadinterpretacja". Nie dawało mi to spokoju, dręczyłam się przez pół niedzieli, w końcu, po długich wahaniach napisałam SMS-a do Y.. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on mi "wygarnie", jeśli robię coś nie tak. Y. chętnie się zgodził porozmawiać, nawet przyszedł do mnie pieszo (2 km), bo nie miał w domu roweru do dyspozycji. Rozmowa z nim podniosła mnie na duchu. Y. nie podzielił zdania X. co do mojej niesprawiedliwości i spraw związanych z organizacją wyjazdowych rekolekcji. Poza tym zaproponował, że mam dać im (tzn. animatorom) więcej odpowiedzialności, żeby wszystko nie było na mojej głowie.
Na kolejnym spotkaniu nadal czułam, że coś jest nie tak, choć tym razem nie było X. I doszłam do wniosku, że jakiś żal ma do mnie Z., moja "prawa ręka", a przy okazji przyjaciółka X. Niestety, Z. nie miała czasu w tym tygodniu ze mną porozmawiać, napisała tylko w SMS-ie, co ją ubodło - że podczas przedstawiania członków grupy (kiedy Jej nie było) ją pominęłam i powiedziałam, że jest "nieusprawiedliwiona". Cóż, odpowiedziałam jej, że mi jest przykro, że jak ma coś do mnie, to nie mówi mi wprost (po 4 latach współpracy!) i dodałam, że na pewno nie określiłam jej jako "nieusprawiedliwionej". Widocznie X. miała złe informacje... Bo to od niej Z. miała relację z tamtego spotkania. A X. w swoich wiadomościach pisała, że "ktoś", "inni", "niektórzy" jej coś tam mówili. Nie znoszę takich określeń,bo to brzmi jak jakiś donos od "życzliwych".
No nic, pożaliłam się trochę. Czekam na piątkowe spotkanie, zobaczymy...
W sobotę wieczorem X. uznała za stosowne wyjaśnić mi swoje żale w dość długich wiadomościach przesyłanych za pomocą internetu. Niestety, ogólny wynik rozmowy nie był dla mnie przyjemny... Wyszło na to, że jestem niesprawiedliwa wobec oazowiczów, że podczas przedstawiania o jednych powiedziałam mniej, o innych więcej i przez to poczuli się urażeni, że poprzednie rekolekcje doprowadziły do podziałów i spowodowały problemy, i ogólnie wszystko jest beznadziejne - tak końcówka to już moja '"nadinterpretacja". Nie dawało mi to spokoju, dręczyłam się przez pół niedzieli, w końcu, po długich wahaniach napisałam SMS-a do Y.. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on mi "wygarnie", jeśli robię coś nie tak. Y. chętnie się zgodził porozmawiać, nawet przyszedł do mnie pieszo (2 km), bo nie miał w domu roweru do dyspozycji. Rozmowa z nim podniosła mnie na duchu. Y. nie podzielił zdania X. co do mojej niesprawiedliwości i spraw związanych z organizacją wyjazdowych rekolekcji. Poza tym zaproponował, że mam dać im (tzn. animatorom) więcej odpowiedzialności, żeby wszystko nie było na mojej głowie.
Na kolejnym spotkaniu nadal czułam, że coś jest nie tak, choć tym razem nie było X. I doszłam do wniosku, że jakiś żal ma do mnie Z., moja "prawa ręka", a przy okazji przyjaciółka X. Niestety, Z. nie miała czasu w tym tygodniu ze mną porozmawiać, napisała tylko w SMS-ie, co ją ubodło - że podczas przedstawiania członków grupy (kiedy Jej nie było) ją pominęłam i powiedziałam, że jest "nieusprawiedliwiona". Cóż, odpowiedziałam jej, że mi jest przykro, że jak ma coś do mnie, to nie mówi mi wprost (po 4 latach współpracy!) i dodałam, że na pewno nie określiłam jej jako "nieusprawiedliwionej". Widocznie X. miała złe informacje... Bo to od niej Z. miała relację z tamtego spotkania. A X. w swoich wiadomościach pisała, że "ktoś", "inni", "niektórzy" jej coś tam mówili. Nie znoszę takich określeń,bo to brzmi jak jakiś donos od "życzliwych".
No nic, pożaliłam się trochę. Czekam na piątkowe spotkanie, zobaczymy...
wtorek, 9 sierpnia 2011
Z Panem Bogiem na wesoło
Czy można żartować na tematy związane z Bogiem i wiarą? Czy można o Bogu mówić żartobliwym językiem, wręcz slangiem? Temat kontrowersyjny, nie każdemu bowiem podoba się np. sposób mówienia o religii Szymona Hołowni. Ja jednak nie zamierzam wnikać aż tak głęboko. W swojej pracy nie stronię od poczucia humoru, i jeśli da się pewne rzeczy w taki sposób przekazać, to chętnie z tego korzystam. Nawet na studiach spotkałam się z pewnymi żartami dot. wiary, Pisma św. itp.
A oto przykłady:
1) Jak nazywał się św. Józef? odp. Pośpiech. Dlaczego? Łk 1,39: W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy.
2) usłyszane od kleryków: tylko Pan Bóg może bara-bara :) Dlaczego?
W języku hebrajskim czasownik barah oznacza "stworzyć" i przypisuje się go tylko Bogu,=. W Biblii "barah" występuje tylko z podmiotem "El", "Elohim" czy "JHWH", oznaczających Boga.
3) Skąd się wziął celibat?
Mt 10,10: Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski!
4) Odkryte przeze mnie, ale tu potrzebny jest szerszy kontekst. Jeden z moich uczniów z oazy miał takie powiedzenie, żartobliwą groźbę "wiem, gdzie mieszkasz". Czytam kiedyś Apokalipsę, i natrafiam na zdanie:
"Wiem, gdzie mieszkasz: tam, gdzie jest tron szatana, a trzymasz się mego imienia i wiary mojej się nie zaparłeś (...)" Ap 2,13.
Moje skupienie odpłynęło, a tekst kazałam mu odszukać i przeczytać na najbliższej lekcji w tej klasie :) Było wesoło :)
Wydaje mi się, że takie traktowanie Słowa Bożego nie jest czymś złym, nie naraża bowiem Boga na ośmieszenie czy bluźnierstwo. Inaczej jednak trzeba potraktować taki eksperyment: Dobra Czytanka wg świetego zioma Janka. Tekst dość kontrowersyjny. Dyskutowałam z uczniami, wielu się podoba, twierdzili, że to dobry sposób, żeby dotrzeć do młodych z Ewangelią. Jednak dalsza dyskusja przyniosła inne wnioski. Sami zauważyli, że tekst chwilami ich śmieszył. A gdyby takimi słowami mówić o śmierci Jezusa na krzyżu? Jak zareaguje człowiek (nawet z jakiejś subkultury) na słowa w rodzaju: "Jezus wykitował"?
Wniosek: We wszystkim trzeba zachować umiar!
A oto przykłady:
1) Jak nazywał się św. Józef? odp. Pośpiech. Dlaczego? Łk 1,39: W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy.
2) usłyszane od kleryków: tylko Pan Bóg może bara-bara :) Dlaczego?
W języku hebrajskim czasownik barah oznacza "stworzyć" i przypisuje się go tylko Bogu,=. W Biblii "barah" występuje tylko z podmiotem "El", "Elohim" czy "JHWH", oznaczających Boga.
3) Skąd się wziął celibat?
Mt 10,10: Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski!
4) Odkryte przeze mnie, ale tu potrzebny jest szerszy kontekst. Jeden z moich uczniów z oazy miał takie powiedzenie, żartobliwą groźbę "wiem, gdzie mieszkasz". Czytam kiedyś Apokalipsę, i natrafiam na zdanie:
"Wiem, gdzie mieszkasz: tam, gdzie jest tron szatana, a trzymasz się mego imienia i wiary mojej się nie zaparłeś (...)" Ap 2,13.
Moje skupienie odpłynęło, a tekst kazałam mu odszukać i przeczytać na najbliższej lekcji w tej klasie :) Było wesoło :)
Wydaje mi się, że takie traktowanie Słowa Bożego nie jest czymś złym, nie naraża bowiem Boga na ośmieszenie czy bluźnierstwo. Inaczej jednak trzeba potraktować taki eksperyment: Dobra Czytanka wg świetego zioma Janka. Tekst dość kontrowersyjny. Dyskutowałam z uczniami, wielu się podoba, twierdzili, że to dobry sposób, żeby dotrzeć do młodych z Ewangelią. Jednak dalsza dyskusja przyniosła inne wnioski. Sami zauważyli, że tekst chwilami ich śmieszył. A gdyby takimi słowami mówić o śmierci Jezusa na krzyżu? Jak zareaguje człowiek (nawet z jakiejś subkultury) na słowa w rodzaju: "Jezus wykitował"?
Wniosek: We wszystkim trzeba zachować umiar!
Subskrybuj:
Posty (Atom)