Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
piątek, 28 października 2011
Rozwiązanie sprawy
W poprzednim wpisie opowiadałam o niezręcznej sytuacji, jaka pojawiła się w mojej grupie. Dzisiaj dziewczyny chciały porozmawiać po spotkaniu. No i trochę sobie wyjaśniłyśmy. Nieporozumienie wynikło ze złego zrozumienia moich słów, z niedomówień i nadinterpretacji. Niestety, z tego powodu przez trzy tygodnie każda z nas źle się czuła i miała jakiś tłumiony żal. Przeprosiłyśmy się nawzajem, poprosiłam, żeby zawsze mi mówiły, że coś jest nie tak, bo potem niepotrzebnie tłumimy w sobie żale. Mam nadzieję, że wszystko będzie już ok.
środa, 26 października 2011
Smutno...
Ostatnio trochę mi zgrzyta w oazie... Atmosfera się nieco zepsuła. A wszystko przez jakieś niedomówienia, niejasności, ukrywanie wzajemnych żali. Otóż podobno kilka tygodni temu, na spotkaniu, na którym po raz pierwszy byli nowi chętni z pierwszych klas gimnazjum, podczas przedstawiania (przeze mnie) pozostałych członków grupy, ktoś poczuł się urażony, pominięty, zlekceważony i takie tam podobne. Ja, oczywiście, nic o tym nie wiedziałam. Tydzień później, moja "nadworna psycholożka" X. chciała mi zwrócić uwagę, ale nie zdążyła i, cytuję "myślała, że jakoś to naprawię" - najpierw musiałabym wiedzieć, że coś zrobiłam nie tak. No cóż, czytać w myślach nie potrafię. Potem X. bardzo nie pasowało, że nie zamierzam robić luźniejszego planu dnia na naszych wyjazdowych rekolekcjach. Jej zdaniem poprzednio plan dnia był zbyt napięty. No i konflikt narastał :(
W sobotę wieczorem X. uznała za stosowne wyjaśnić mi swoje żale w dość długich wiadomościach przesyłanych za pomocą internetu. Niestety, ogólny wynik rozmowy nie był dla mnie przyjemny... Wyszło na to, że jestem niesprawiedliwa wobec oazowiczów, że podczas przedstawiania o jednych powiedziałam mniej, o innych więcej i przez to poczuli się urażeni, że poprzednie rekolekcje doprowadziły do podziałów i spowodowały problemy, i ogólnie wszystko jest beznadziejne - tak końcówka to już moja '"nadinterpretacja". Nie dawało mi to spokoju, dręczyłam się przez pół niedzieli, w końcu, po długich wahaniach napisałam SMS-a do Y.. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on mi "wygarnie", jeśli robię coś nie tak. Y. chętnie się zgodził porozmawiać, nawet przyszedł do mnie pieszo (2 km), bo nie miał w domu roweru do dyspozycji. Rozmowa z nim podniosła mnie na duchu. Y. nie podzielił zdania X. co do mojej niesprawiedliwości i spraw związanych z organizacją wyjazdowych rekolekcji. Poza tym zaproponował, że mam dać im (tzn. animatorom) więcej odpowiedzialności, żeby wszystko nie było na mojej głowie.
Na kolejnym spotkaniu nadal czułam, że coś jest nie tak, choć tym razem nie było X. I doszłam do wniosku, że jakiś żal ma do mnie Z., moja "prawa ręka", a przy okazji przyjaciółka X. Niestety, Z. nie miała czasu w tym tygodniu ze mną porozmawiać, napisała tylko w SMS-ie, co ją ubodło - że podczas przedstawiania członków grupy (kiedy Jej nie było) ją pominęłam i powiedziałam, że jest "nieusprawiedliwiona". Cóż, odpowiedziałam jej, że mi jest przykro, że jak ma coś do mnie, to nie mówi mi wprost (po 4 latach współpracy!) i dodałam, że na pewno nie określiłam jej jako "nieusprawiedliwionej". Widocznie X. miała złe informacje... Bo to od niej Z. miała relację z tamtego spotkania. A X. w swoich wiadomościach pisała, że "ktoś", "inni", "niektórzy" jej coś tam mówili. Nie znoszę takich określeń,bo to brzmi jak jakiś donos od "życzliwych".
No nic, pożaliłam się trochę. Czekam na piątkowe spotkanie, zobaczymy...
W sobotę wieczorem X. uznała za stosowne wyjaśnić mi swoje żale w dość długich wiadomościach przesyłanych za pomocą internetu. Niestety, ogólny wynik rozmowy nie był dla mnie przyjemny... Wyszło na to, że jestem niesprawiedliwa wobec oazowiczów, że podczas przedstawiania o jednych powiedziałam mniej, o innych więcej i przez to poczuli się urażeni, że poprzednie rekolekcje doprowadziły do podziałów i spowodowały problemy, i ogólnie wszystko jest beznadziejne - tak końcówka to już moja '"nadinterpretacja". Nie dawało mi to spokoju, dręczyłam się przez pół niedzieli, w końcu, po długich wahaniach napisałam SMS-a do Y.. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on mi "wygarnie", jeśli robię coś nie tak. Y. chętnie się zgodził porozmawiać, nawet przyszedł do mnie pieszo (2 km), bo nie miał w domu roweru do dyspozycji. Rozmowa z nim podniosła mnie na duchu. Y. nie podzielił zdania X. co do mojej niesprawiedliwości i spraw związanych z organizacją wyjazdowych rekolekcji. Poza tym zaproponował, że mam dać im (tzn. animatorom) więcej odpowiedzialności, żeby wszystko nie było na mojej głowie.
Na kolejnym spotkaniu nadal czułam, że coś jest nie tak, choć tym razem nie było X. I doszłam do wniosku, że jakiś żal ma do mnie Z., moja "prawa ręka", a przy okazji przyjaciółka X. Niestety, Z. nie miała czasu w tym tygodniu ze mną porozmawiać, napisała tylko w SMS-ie, co ją ubodło - że podczas przedstawiania członków grupy (kiedy Jej nie było) ją pominęłam i powiedziałam, że jest "nieusprawiedliwiona". Cóż, odpowiedziałam jej, że mi jest przykro, że jak ma coś do mnie, to nie mówi mi wprost (po 4 latach współpracy!) i dodałam, że na pewno nie określiłam jej jako "nieusprawiedliwionej". Widocznie X. miała złe informacje... Bo to od niej Z. miała relację z tamtego spotkania. A X. w swoich wiadomościach pisała, że "ktoś", "inni", "niektórzy" jej coś tam mówili. Nie znoszę takich określeń,bo to brzmi jak jakiś donos od "życzliwych".
No nic, pożaliłam się trochę. Czekam na piątkowe spotkanie, zobaczymy...
czwartek, 13 października 2011
Długa przerwa w pisaniu
Dość długo już nie zamieściłam żadnego wpisu, ale nie dlatego, że nic ciekawego się w moim życiu nie dzieje... Po prostu bardzo zajęta jestem, i kiedy siadam przy komputerze, to tylko po to, żeby sprawdzić pocztę i posłuchać trochę muzyki.
W końcu zeszło ze mnie napięcie związane z nawiedzeniem Obrazu Matki Bożej. Zostały miłe wspomnienia i usłyszane z wielu stron słowa uznania dla mojej młodzieży. Dość widocznym efektem jest także to, że na ostatnie spotkanie oazy przyszło ośmioro nowych uczniów, z pierwszych klas. Jeden z moich absolwentów, Łukasz, nie mógł się nadziwić: Co im pani zrobiła? Liczę na to, że zostaną :) Zapadła decyzja o wyjeździe na rekolekcje, pięciodniowym. Animatorzy obiecują wsparcie, mam nadzieję, że nie zostawią mnie ze wszystkim.
W szkole wpadłam już w odpowiedni rytm pracy, wyrabiam się ze wszystkim, dużą przyjemność sprawia mi praca z pierwszoklasistami - mam nowe podręczniki, a to wymaga nowych pomysłów na lekcje. Z wyjątkiem jednej, pierwsze klasy są sympatyczne, dobrze się z nimi pracuje. Jednak nie wydaje mi się, że uda się nawiązać takie relacje, jak z moimi byłymi uczniami. Duży wpływ ma chyba różnica wieku: 10 lat to jednak trochę mniej niż 13... Nie narzekam, jeśli mogę to tak ująć, to niektórzy z moich byłych uczniów są teraz moimi przyjaciółmi (no, może to trochę za dużo powiedziane, ale dobrymi kolegami na pewno).
Jeśli chodzi o sprawy niezwiązane z pracę, to wybieram się z rodzicami do rodziny, mieszkającej jakieś 200 km. od nas. Czym tu się chwalić? Chyba tym, że lubię prowadzić samochód, a to ja pojadę w tę trasę, a nie brat :)
W końcu zeszło ze mnie napięcie związane z nawiedzeniem Obrazu Matki Bożej. Zostały miłe wspomnienia i usłyszane z wielu stron słowa uznania dla mojej młodzieży. Dość widocznym efektem jest także to, że na ostatnie spotkanie oazy przyszło ośmioro nowych uczniów, z pierwszych klas. Jeden z moich absolwentów, Łukasz, nie mógł się nadziwić: Co im pani zrobiła? Liczę na to, że zostaną :) Zapadła decyzja o wyjeździe na rekolekcje, pięciodniowym. Animatorzy obiecują wsparcie, mam nadzieję, że nie zostawią mnie ze wszystkim.
W szkole wpadłam już w odpowiedni rytm pracy, wyrabiam się ze wszystkim, dużą przyjemność sprawia mi praca z pierwszoklasistami - mam nowe podręczniki, a to wymaga nowych pomysłów na lekcje. Z wyjątkiem jednej, pierwsze klasy są sympatyczne, dobrze się z nimi pracuje. Jednak nie wydaje mi się, że uda się nawiązać takie relacje, jak z moimi byłymi uczniami. Duży wpływ ma chyba różnica wieku: 10 lat to jednak trochę mniej niż 13... Nie narzekam, jeśli mogę to tak ująć, to niektórzy z moich byłych uczniów są teraz moimi przyjaciółmi (no, może to trochę za dużo powiedziane, ale dobrymi kolegami na pewno).
Jeśli chodzi o sprawy niezwiązane z pracę, to wybieram się z rodzicami do rodziny, mieszkającej jakieś 200 km. od nas. Czym tu się chwalić? Chyba tym, że lubię prowadzić samochód, a to ja pojadę w tę trasę, a nie brat :)
piątek, 30 września 2011
Peregrynacja Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej
Nawiedzenie Obrazu Matki Bożej w parafii dla katechetów oznacza dużo dodatkowej pracy. Ze mną nie było inaczej. Przecież już od wakacji ćwiczyłam z oazową młodzieżą śpiew, taniec, przygotowywałam czuwanie. Nie było łatwo, bo nie miałam wolnego w szkole, nie lubię brać urlopów. Jednak takie wydarzenie jest niezwykłe... Mimo ogromu nerwów i pracy. Wszystko, co zaplanowaliśmy z młodzieżą udało się świetnie.
Niestety, szatan też nie przestaje przeszkadzać... Nie będę się za dużo rozpisywać o smutnych sprawach, ale między mną a pewną nauczycielką z mojej szkoły zaiskrzyło... Pani U. jest szefową parafialnego oddziału Akcji Katolickiej, poza tym bardzo lubi rządzić. W sierpniu, na zebraniu poddała pomysł, aby przed wejściem do kościoła ułożyć dywan z kwiatów. A my (czyli moja młodzież) przygotowywaliśmy tam układ choreograficzny... Doszliśmy jednak do porozumienia, że chodnik przed kościołem przeznaczymy na dywan kwiatowy, a schody przed bramą będą dla nas. I wszystko byłoby pięknie, ale do czasu... W poniedziałek dowiedziałam się, że dywan kwiatowy ma być także na schodach, a my mamy przenieść się na asfalt przed kościołem. Dowiedziałam się tego od pana, który miał nam robić nagłośnienie... Pojechałam wyjaśniać sprawy z księdzem, i ten przyznał mi rację i pozwolił na taniec na schodach. Ale z panią U. nie jest łatwo. We wtorek rano, w szkole, wspomniana pani zaczepiła mnie, żeby mnie przekonać, że nie mam racji, i mamy tańczyć na asfalcie. Nie ustąpiłam, ona niby się zgodziła, ale poleciała ze skargą do proboszcza i ten z kolei do mnie dzwonił, żebym jednak ustąpiła... Wiele nerwów i łez mnie to kosztowało, tym bardziej, że byłam w pracy do 14.15, a umówiłam się z młodzieżą na 15.00 na próbę... Okazało się, że moje dziewczyny nie odpuszczą, kiedy przyjechałam do kościoła, były już nastawione na ostrą rozmowę z proboszczem i panią U. Postawiły na swoim, i zatańczyli na schodach, na kwiatowym dywanie. A po wszystkim pani U. chwaliła, że to było takie piękne... Ech....
Ale miałam się nie rozpisywać, a zaczęłam tu swoje żale wylewać. Efekt naszej pracy można obejrzeć:
I wszyscy byli zachwyceni: biskup, proboszcz, ojciec paulin z Jasnej Góry, i oczywiście zgromadzeni ludzie.
Wieczorem mieliśmy czuwanie. Dzięki uprzejmości Szymona zagrałam Apel Jasnogórski na gitarze elektrycznej, co zaskoczyło proboszcza. A potem mieliśmy przygotowany różaniec i kilka pieśni. Rozważania do tajemnic różańca czytała młodzież, a w tle Marta grała "smęta" na skrzypcach. Wszystko wyszło cudownie!
Tylko ogólnie rzecz biorąc, prawie nie miałam czasu, żeby się spokojnie pomodlić.
Niestety, szatan też nie przestaje przeszkadzać... Nie będę się za dużo rozpisywać o smutnych sprawach, ale między mną a pewną nauczycielką z mojej szkoły zaiskrzyło... Pani U. jest szefową parafialnego oddziału Akcji Katolickiej, poza tym bardzo lubi rządzić. W sierpniu, na zebraniu poddała pomysł, aby przed wejściem do kościoła ułożyć dywan z kwiatów. A my (czyli moja młodzież) przygotowywaliśmy tam układ choreograficzny... Doszliśmy jednak do porozumienia, że chodnik przed kościołem przeznaczymy na dywan kwiatowy, a schody przed bramą będą dla nas. I wszystko byłoby pięknie, ale do czasu... W poniedziałek dowiedziałam się, że dywan kwiatowy ma być także na schodach, a my mamy przenieść się na asfalt przed kościołem. Dowiedziałam się tego od pana, który miał nam robić nagłośnienie... Pojechałam wyjaśniać sprawy z księdzem, i ten przyznał mi rację i pozwolił na taniec na schodach. Ale z panią U. nie jest łatwo. We wtorek rano, w szkole, wspomniana pani zaczepiła mnie, żeby mnie przekonać, że nie mam racji, i mamy tańczyć na asfalcie. Nie ustąpiłam, ona niby się zgodziła, ale poleciała ze skargą do proboszcza i ten z kolei do mnie dzwonił, żebym jednak ustąpiła... Wiele nerwów i łez mnie to kosztowało, tym bardziej, że byłam w pracy do 14.15, a umówiłam się z młodzieżą na 15.00 na próbę... Okazało się, że moje dziewczyny nie odpuszczą, kiedy przyjechałam do kościoła, były już nastawione na ostrą rozmowę z proboszczem i panią U. Postawiły na swoim, i zatańczyli na schodach, na kwiatowym dywanie. A po wszystkim pani U. chwaliła, że to było takie piękne... Ech....
Ale miałam się nie rozpisywać, a zaczęłam tu swoje żale wylewać. Efekt naszej pracy można obejrzeć:
I wszyscy byli zachwyceni: biskup, proboszcz, ojciec paulin z Jasnej Góry, i oczywiście zgromadzeni ludzie.
Wieczorem mieliśmy czuwanie. Dzięki uprzejmości Szymona zagrałam Apel Jasnogórski na gitarze elektrycznej, co zaskoczyło proboszcza. A potem mieliśmy przygotowany różaniec i kilka pieśni. Rozważania do tajemnic różańca czytała młodzież, a w tle Marta grała "smęta" na skrzypcach. Wszystko wyszło cudownie!
Tylko ogólnie rzecz biorąc, prawie nie miałam czasu, żeby się spokojnie pomodlić.
poniedziałek, 26 września 2011
Pracowicie, ale przyjemnie
Za mną bardzo intensywny weekend, a przede mną jeszcze kilka gorączkowych dni. A wszystko z powodu jutrzejszego (!) Nawiedzenia Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Pełno zająć mam od soboty - od rana (czyli od 10.00) próba z młodzieżą - śpiew, rozważania na czuwanie. Cóż, Szymon bardzo chciał coś zagrać na swojej nowej gitarze elektrycznej podczas czuwania, ale jakoś nie bardzo mu wychodziło... Musiałam coś na to poradzić, ale o tym za chwilę. Po próbie przyjechałam do domu, ale nie dane było mi odpocząć, bo szykowałam się na wesele. Ślub brała moja najlepsza przyjaciółka, więc nie mogłam odmówić. Ale co tam, bawiłam się do 4.00 rano...
W niedzielę nie mogłam pospać, bo wybierałam się na Mszę św. o 10.30. Msza z nauką rekolekcyjną, potem jeszcze mała rozmowa z księdzem proboszczem, chwila pogaduszek z Klaudią... przyjechałam do domu o 12.30, to jeszcze pogadałam z panną młodą (bo mieszka tuż za płotem), zjadłam zupę... i pojechałam po Szymona i jego sprzęt. A potem 3 godziny graliśmy "Pomódl się Miriam", bo powiedział, że choćby nie wiem co, to się tego nauczy... No i się nauczył. A ile było śmiechu przy tym :) Nawet mogłam zagrać na jego gitarze (ale zaszczyt!).
Oczywiście, na tym się mój dzień nie skończył, nie, nie. Przecież po weselu są poprawiny! Poszłam wiec na poprawiny, "urwałam się" przed 20.00, żeby pojechać do kościoła na nauki dla młodzieży i Apel Jasnogórski. A jak wróciłam, to w końcu mogłam się przygotować do poniedziałkowych lekcji...
Byle do środy!
W niedzielę nie mogłam pospać, bo wybierałam się na Mszę św. o 10.30. Msza z nauką rekolekcyjną, potem jeszcze mała rozmowa z księdzem proboszczem, chwila pogaduszek z Klaudią... przyjechałam do domu o 12.30, to jeszcze pogadałam z panną młodą (bo mieszka tuż za płotem), zjadłam zupę... i pojechałam po Szymona i jego sprzęt. A potem 3 godziny graliśmy "Pomódl się Miriam", bo powiedział, że choćby nie wiem co, to się tego nauczy... No i się nauczył. A ile było śmiechu przy tym :) Nawet mogłam zagrać na jego gitarze (ale zaszczyt!).
Oczywiście, na tym się mój dzień nie skończył, nie, nie. Przecież po weselu są poprawiny! Poszłam wiec na poprawiny, "urwałam się" przed 20.00, żeby pojechać do kościoła na nauki dla młodzieży i Apel Jasnogórski. A jak wróciłam, to w końcu mogłam się przygotować do poniedziałkowych lekcji...
Byle do środy!
niedziela, 18 września 2011
Zbyt łatwo?
1 Naaman, wódz wojska króla Aramu, miał wielkie znaczenie u swego pana i doznawał względów, ponieważ przez niego Pan spowodował ocalenie Aramejczyków. Lecz ten człowiek - <dzielny wojownik> - był trędowaty. 2 Kiedyś podczas napadu zgraje Aramejczyków zabrały z ziemi Izraela młodą dziewczynę, którą przeznaczono do usług żonie Naamana. 3 Ona rzekła do swojej pani: "O, gdyby pan mój udał się do proroka, który jest w Samarii! Ten by go wtedy uwolnił od trądu". (...) 9 Więc Naaman przyjechał swymi końmi i swoim powozem, i stanął przed drzwiami domu Elizeusza. 10 Elizeusz zaś kazał mu przez posłańca powiedzieć: "Idź, obmyj się siedem razy w Jordanie, a ciało twoje będzie takie jak poprzednio i staniesz się czysty!" 11 Rozgniewał się Naaman i odszedł ze słowami: "Przecież myślałem sobie: Na pewno wyjdzie, stanie, następnie wezwie imienia Pana, Boga swego, poruszywszy ręką nad miejscem [chorym] i odejmie trąd. 12 Czyż Abana i Parpar, rzeki Damaszku, nie są lepsze od wszystkich wód Izraela? Czyż nie mogłem się w nich wykąpać i być oczyszczonym?" Pełen gniewu zawrócił, by odejść. 13 Lecz słudzy jego przybliżyli się i przemówili do niego tymi słowami: "Gdyby prorok kazał ci spełnić coś trudnego, czy byś nie wykonał? O ileż więc bardziej, jeśli ci powiedział: Obmyj się, a będziesz czysty?" 14 Odszedł więc Naaman i zanurzył się siedem razy w Jordanie, według słowa męża Bożego, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony. [2 Krl 5, 1-14]
Naaman zdziwił się i oburzył, że Eizeusz dał mu do wykonania tak proste zadanie - obmyć się w Jordanie. I co, i już? Wystarczy? Pewnie liczył na jakieś niezwykłe obrzędy, rytuały, modlitwy... Tymczasem Bóg nie wymaga od nas jakiejś "gimnastyki", ani fizycznej, ani duchowej. Liczy się wiara i zaufanie. Bóg działa w najzwyklejszych rzeczach, przez proste, wydawałoby się "głupie" działania. Przecież Bóg wybrał to, co jest głupstwem w oczach ludzi,by zawstydzić mędrców. Posłużył się haniebnym narzędziem kaźni, aby obdarzyć nas zbawieniem.
Czytałam tę historię w czasie, kiedy wybierałam się do spowiedzi. Wstyd się przyznać, ale nie skorzystałam z sakramentu pokuty przez ponad trzy miesiące... I w końcu sumienie nie dawało mi spokoju, bo "niby nie nagrzeszyłam", a jakoś na duszy mi ciężko było. I w końcu, przezwyciężając lenistwo, udałam się do konfesjonału. I co? Nie minęło kilka minut, mój szept, kilka słów kapłana, i już. Nie ma grzechów. Czyżby? Tyle wystarczy? I jakaś modlitwa "za pokutę"? Czy Bóg rzeczywiście tak działa? Ano działa. Przez proste gesty, przez słabego i grzesznego kapłana. Bo w sakramencie pokuty nie chodzi o piękne słowa, wzniosłą naukę czy wreszcie wymagającą wielkiego wysiłku pokutę, ale o zaufanie miłosierdziu Boga. To jest dopiero wysiłek: uwierzyć, że Bóg naprawdę mi wybacza!
sobota, 10 września 2011
Noworocznie i urodzinowo
"Noworocznie" - bo rozpoczęłam nowy rok szkolny. Bardzo intensywny początek. Nowi uczniowie w pierwszych klasach (muszę się nauczyć ich imion!) na razie okazują się sympatyczni i... bardzo grzeczni! Oby tak dalej :) Przedszkole - na razie tylko z daleka, bo wzeszłym tygodniu nie miałam jeszcze misji kanonicznej. Ale w kolejną środę już ruszam. W szkole mam też dużo zamieszania, bo rozpoczęłam staż na uzyskanie stopnia awansu - nauczyciel mianowany. Więc (ech, nie zaczyna się zdania od "więc") muszę napisać plan rozwoju zawodowego, poczytać ustawy i rozporządzenia. A jednocześnie w parafii mamy intensywne przygotowania do przyjęcia Obrazu Matki Bożej. Z moimi oazowymi dziećmi co tydzień w piątek mamy próby, żeby wykorzystać jedyny dostępny dla wszystkich czas do 27 września. Tymczasem... w przyszłym tygodniu mamy w gimnazjum jakieś szkolenie - oczywiście w PIĄTEK, o 14.30. Niemożliwe, żeby się skończyło do 17.30... A co z próbą? Doszliśmy do wniosku, że zrobią sami, Klaudia, Magda i Szymon jakoś upilnują pozostałych. Jeśli zdążę, to do nich dojadę.
"Urodzinowo" - bo zbliżają się moje urodziny (13 września) . Ponieważ przypadają w dzień powszedni, zaprosiłam dzisiaj na kawę moje dzieci (dzieci? Oni mają 16 i 17 lat!), czyli Szymona i Klaudię. Z nimi bardzo dobrze się czuję, nie traktuję ich wcale jak (byłych) uczniów, bardziej jak przyjaciół. I było bardzo wesoło, pośmialiśmy się, i trochę omówiliśmy plany na czas Nawiedzenia Maryi i na rekolekcje wyjazdowe. Uwielbiam ich po prostu :)
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Nowe wyzwanie
Breaking news: Idę do przedszkola!
Właśnie przed chwilą rozmawiałam z katechetką, która pracuje w naszej podstawówce. Okazało się, że z różnych powodów nie może ona w tym roku pracować w przedszkolu w pobliskiej wiosce, należącej do naszej parafii. No i, propozycja dla mnie, czy przyjmę tę godzinę. Moja reakcja: yyyyyy...... mogę wziąć. (Ok, ale gdzie jest to przedszkole, i co się w nim robi???). Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia o katechezie w przedszkolu. Nigdy się tym nie interesowałam, zawsze swoją przyszłość wiązałam z młodzieżą... Ale cóż, praca jest cenna i trzeba brać, co dają :) Dobrze, że mam gitarę, będę dzieci uczyć śpiewać.
O rany, ale mam stres... Muszę dzisiaj rozmawiać z proboszczem, żeby szybko mi się o misję wystarał... a potem jeszcze muszę dotrzeć do dyrektorki, której podlega to przedszkole, żeby podpisać umowę... a potem jeszcze jutro na radzie poprosić wicedyr. żebym miała taki plan, żebym mogła raz w tygodniu pojechać do tego przedszkola, bo tam mogę mieć zajęcia tylko od 13.00 do 14.00. Taki przepis podobno...
O matko, straszne to... boję się tych dzieci... Ale czuję, że chyba mi się to spodoba :) I moje notki wzbogacą się o opisy wybryków maluchów :)
Właśnie przed chwilą rozmawiałam z katechetką, która pracuje w naszej podstawówce. Okazało się, że z różnych powodów nie może ona w tym roku pracować w przedszkolu w pobliskiej wiosce, należącej do naszej parafii. No i, propozycja dla mnie, czy przyjmę tę godzinę. Moja reakcja: yyyyyy...... mogę wziąć. (Ok, ale gdzie jest to przedszkole, i co się w nim robi???). Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia o katechezie w przedszkolu. Nigdy się tym nie interesowałam, zawsze swoją przyszłość wiązałam z młodzieżą... Ale cóż, praca jest cenna i trzeba brać, co dają :) Dobrze, że mam gitarę, będę dzieci uczyć śpiewać.
O rany, ale mam stres... Muszę dzisiaj rozmawiać z proboszczem, żeby szybko mi się o misję wystarał... a potem jeszcze muszę dotrzeć do dyrektorki, której podlega to przedszkole, żeby podpisać umowę... a potem jeszcze jutro na radzie poprosić wicedyr. żebym miała taki plan, żebym mogła raz w tygodniu pojechać do tego przedszkola, bo tam mogę mieć zajęcia tylko od 13.00 do 14.00. Taki przepis podobno...
O matko, straszne to... boję się tych dzieci... Ale czuję, że chyba mi się to spodoba :) I moje notki wzbogacą się o opisy wybryków maluchów :)
niedziela, 21 sierpnia 2011
Refleksje z lektury
Ostatnio czytam książki niemalże hurtem, wykorzystując ostatnie dni wakacji (czytaj: możliwość spania do 10.00). Wczoraj skończyłam czytać "Trufle. Nowe przypadki księdza Grosera". Więcej informacji o książce tutaj.
Jakie wrażenia? Musze przyznać, że jakiś niesmak we mnie ta książka pozostawiła... Czytałam wcześniej "Adieu", później "Cudze pole" - wiem, nie po kolei :) I właściwie tylko "Adieu" pozostawiło miłe wspomnienia. Dlaczego? Na okładce "Trufli" pełno pozytywnych opinii, również ze strony księży. Ja chyba jestem jakaś konserwatywna... Rozumiem, że księża to też ludzie, nieobce im pokusy, że przeżywają kryzysy powołania.Ale moim zdaniem obraz Kościoła u Grzegorczyka jest zbyt krytyczny, jednostronny. Kościół w tej powieści to jeden wielki biznes i polityka, robienie kariery i szkalowanie niewygodnych ludzi. Czy naprawdę każda kobieta w otoczeniu księdza to jego potencjalna kochanka? Czy na plebanii ksiądz nie robi nic innego, tylko pije alkohol? Czy księża się nie modlą?
Ja chyba żyję w jakimś innym świecie. Ja nie spotykam takich księży! Praktycznie jeden w okolicy jest "podejrzany", bo jeździ samochodem prosto z salonu robionym na zamówienie, a parafia niewielka. I tyle. Pozostali to ludzie całkiem zwyczajni, a wśród nich wielu fantastycznych kapłanów, zwłaszcza moi byli wykładowcy ze studiów :) Mój promotor (kanclerz kurii) - do rany przyłóż, choć niespecjalnie lubi się w mediach wypowiadać; liturgista - cudowny, fantastyczny, a co najważniejsze, krytyczny wobec współbraci w kapłaństwie; Andrzej, od filozofii - wrażliwy, niesamowicie przeżywający wiarę; redaktor diecezjalnego dwutygodnika - dowcipny, potrafi używać ostrych słów (nawet skrytykować biskupów :) choć żartem trochę), zwiedził kawał świata, zdobył razem z Kwiatkiem (liturgistą) Kilimandżaro... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność... dlatego księża Grzegorczyka mnie rażą, nie miałam takich doświadczeń. Choć nie powiem, niektórych księży z okolicy nie lubię, i już.
Jakie wrażenia? Musze przyznać, że jakiś niesmak we mnie ta książka pozostawiła... Czytałam wcześniej "Adieu", później "Cudze pole" - wiem, nie po kolei :) I właściwie tylko "Adieu" pozostawiło miłe wspomnienia. Dlaczego? Na okładce "Trufli" pełno pozytywnych opinii, również ze strony księży. Ja chyba jestem jakaś konserwatywna... Rozumiem, że księża to też ludzie, nieobce im pokusy, że przeżywają kryzysy powołania.Ale moim zdaniem obraz Kościoła u Grzegorczyka jest zbyt krytyczny, jednostronny. Kościół w tej powieści to jeden wielki biznes i polityka, robienie kariery i szkalowanie niewygodnych ludzi. Czy naprawdę każda kobieta w otoczeniu księdza to jego potencjalna kochanka? Czy na plebanii ksiądz nie robi nic innego, tylko pije alkohol? Czy księża się nie modlą?
Ja chyba żyję w jakimś innym świecie. Ja nie spotykam takich księży! Praktycznie jeden w okolicy jest "podejrzany", bo jeździ samochodem prosto z salonu robionym na zamówienie, a parafia niewielka. I tyle. Pozostali to ludzie całkiem zwyczajni, a wśród nich wielu fantastycznych kapłanów, zwłaszcza moi byli wykładowcy ze studiów :) Mój promotor (kanclerz kurii) - do rany przyłóż, choć niespecjalnie lubi się w mediach wypowiadać; liturgista - cudowny, fantastyczny, a co najważniejsze, krytyczny wobec współbraci w kapłaństwie; Andrzej, od filozofii - wrażliwy, niesamowicie przeżywający wiarę; redaktor diecezjalnego dwutygodnika - dowcipny, potrafi używać ostrych słów (nawet skrytykować biskupów :) choć żartem trochę), zwiedził kawał świata, zdobył razem z Kwiatkiem (liturgistą) Kilimandżaro... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność... dlatego księża Grzegorczyka mnie rażą, nie miałam takich doświadczeń. Choć nie powiem, niektórych księży z okolicy nie lubię, i już.
piątek, 19 sierpnia 2011
Rowerem...
Korzystając z ostatnich dni wakacji wybrałam się dzisiaj na przejażdżkę rowerową. Co prawda sama, nikt się chętny do towarzystwa nie znalazł. Wspominałam, że lubię jeździć rowerem? Jeśli nie, to robię to teraz :) Lubię jeździć rowerem, bo przez ponad 20 lat mojego życia był to (oprócz autobusu) jedyny dostępny dla mnie środek lokomocji. Jeździłam do szkoły, do kościoła, na zakupy, potem dojeżdżałam na przystanek, żeby dojechać na uczelnię itp. Stąd - długie dystanse mi nie straszne. A że problemy ze zdrowiem sprawiają, że piesze wędrówki są dla mnie uciążliwe, to jeśli tylko mogę, to wsiadam na rower. Dzisiaj również zaplanowałam sobie małą przejażdżkę, ok.15 km. Taka pętla - wyjechałam z podwórka w lewo, objechałam kilka wiosek i wróciłam z drugiej strony. Najprzyjemniejszy etap wypadł (ok. 6 km.) ścieżką rowerową wzdłuż lasu - jak tam ślicznie pachniało, tym bardziej, że było po deszczu (i, jak się okazało, również przed). No właśnie... "trochę" zmokłam :) Ale i to było bardzo przyjemne. Gdyby nie to, że zerwał się dość silny wiatr, to pewnie jeszcze gdzieś bym pojechała.
Jazda na rowerze sprawia mi dużą przyjemność. Choć wobec rowerów jestem bardzo wymagająca... Teraz mam taki:
tyle, że z koszyczkiem przy kierownicy. Rower dobry do jeżdżenia do pracy i po zakupy, ale trochę gorzej, jeśli chodzi o dłuższe dystanse, nie wspominając o jeżdżeniu w terenie, po lesie czy polnych drogach. Zastanawiam się nad kupnem drugiego, takiego właśnie do jazdy "terenowej", ale tak rower trochę kosztuje... A nie chcę typowego "górala", bo nie odpowiada mi taka mocno pochylona sylwetka jazdy. Z kolei na takim miejskim rowerze muszę się trzymać aż zbyt prosto. Chciałabym coś pośredniego, taki miejsko-górski rower... Ale jestem wybredna, nie? Najgorsze, że w ogóle się na tym nie znam, i nie wiem, czego szukać w sklepach. Zacznę się zastanawiać przed kolejnymi wakacjami.
Jazda na rowerze sprawia mi dużą przyjemność. Choć wobec rowerów jestem bardzo wymagająca... Teraz mam taki:
tyle, że z koszyczkiem przy kierownicy. Rower dobry do jeżdżenia do pracy i po zakupy, ale trochę gorzej, jeśli chodzi o dłuższe dystanse, nie wspominając o jeżdżeniu w terenie, po lesie czy polnych drogach. Zastanawiam się nad kupnem drugiego, takiego właśnie do jazdy "terenowej", ale tak rower trochę kosztuje... A nie chcę typowego "górala", bo nie odpowiada mi taka mocno pochylona sylwetka jazdy. Z kolei na takim miejskim rowerze muszę się trzymać aż zbyt prosto. Chciałabym coś pośredniego, taki miejsko-górski rower... Ale jestem wybredna, nie? Najgorsze, że w ogóle się na tym nie znam, i nie wiem, czego szukać w sklepach. Zacznę się zastanawiać przed kolejnymi wakacjami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

