Czy można żartować na tematy związane z Bogiem i wiarą? Czy można o Bogu mówić żartobliwym językiem, wręcz slangiem? Temat kontrowersyjny, nie każdemu bowiem podoba się np. sposób mówienia o religii Szymona Hołowni. Ja jednak nie zamierzam wnikać aż tak głęboko. W swojej pracy nie stronię od poczucia humoru, i jeśli da się pewne rzeczy w taki sposób przekazać, to chętnie z tego korzystam. Nawet na studiach spotkałam się z pewnymi żartami dot. wiary, Pisma św. itp.
A oto przykłady:
1) Jak nazywał się św. Józef? odp. Pośpiech. Dlaczego? Łk 1,39: W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy.
2) usłyszane od kleryków: tylko Pan Bóg może bara-bara :) Dlaczego?
W języku hebrajskim czasownik barah oznacza "stworzyć" i przypisuje się go tylko Bogu,=. W Biblii "barah" występuje tylko z podmiotem "El", "Elohim" czy "JHWH", oznaczających Boga.
3) Skąd się wziął celibat?
Mt 10,10: Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski!
4) Odkryte przeze mnie, ale tu potrzebny jest szerszy kontekst. Jeden z moich uczniów z oazy miał takie powiedzenie, żartobliwą groźbę "wiem, gdzie mieszkasz". Czytam kiedyś Apokalipsę, i natrafiam na zdanie:
"Wiem, gdzie mieszkasz: tam, gdzie jest tron szatana, a trzymasz się mego imienia i wiary mojej się nie zaparłeś (...)" Ap 2,13.
Moje skupienie odpłynęło, a tekst kazałam mu odszukać i przeczytać na najbliższej lekcji w tej klasie :) Było wesoło :)
Wydaje mi się, że takie traktowanie Słowa Bożego nie jest czymś złym, nie naraża bowiem Boga na ośmieszenie czy bluźnierstwo. Inaczej jednak trzeba potraktować taki eksperyment: Dobra Czytanka wg świetego zioma Janka. Tekst dość kontrowersyjny. Dyskutowałam z uczniami, wielu się podoba, twierdzili, że to dobry sposób, żeby dotrzeć do młodych z Ewangelią. Jednak dalsza dyskusja przyniosła inne wnioski. Sami zauważyli, że tekst chwilami ich śmieszył. A gdyby takimi słowami mówić o śmierci Jezusa na krzyżu? Jak zareaguje człowiek (nawet z jakiejś subkultury) na słowa w rodzaju: "Jezus wykitował"?
Wniosek: We wszystkim trzeba zachować umiar!
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
wtorek, 9 sierpnia 2011
środa, 3 sierpnia 2011
Ostatnio przeczytane
Kiedyś już wspominałam, że bardzo lubię czytać. Ponieważ mam wakacje, to i czasu na lekturę więcej. Podzielę się więc tym, co mi się bardzo spodobało.
Jakiś czas temu zachwyciłam się twórczością Francine Rivers. Zaczęło się od książki "Dziecko pokuty", którą to lekturę jedna z moich uczennic przeczytała i zreferowała, z zamiarem otrzymania oceny celującej :) Dostała zadanie dodatkowe - pożyczyć mi tę książkę! Książka niesamowita, więc szukam dalszych pozycji. Przeczytałam już prawie całą serię "Synowie pocieszenia", przeczytałam "Potęgę miłości", i w końcu sięgnęłam po trylogię "Znamię lwa". I o tym opowiem.
Cała trylogia rozgrywa się w I wieku n.e. - opisuje początki chrześcijaństwa. Akcja rozpoczyna się w obleganej przez Rzymian Jerozolimie, a potem, wraz z główną bohaterką, Hadassą, przenosi się do Rzymu, następnie do Efezu, a w końcu dociera do odległej Germanii.
Głównymi bohaterami trylogii są przedstawiciele trzech różnych narodów i religii: Hadassa - z pochodzenia Żydówka, wyznawczyni chrześcijaństwa; Markus Walerian i jego rodzina - Rzymianie, oraz Atretes - Germanin. W pierwszej części poznajemy losy wszystkich bohaterów, część druga skupia się na wydarzeniach dotyczących rodziny Walerianów, a część trzecia - Atretesa.
Powieść opisuje zetknięcie się chrześcijaństwa z kulturą i religią Greków, Rzymian i Germanów. Widzimy jak bohaterowie - wierzący w Chrystusa i ci, którzy tej wiary nie podzielają - zmagają się z własnymi uczuciami, poglądami, religią. Autorka nie stara się ubarwiać rzeczywistości. Pokazuje trudny proces dochodzenia do wiary, nie boi się ukazać przeszkód, ludzkich słabości i grzechów. Najbardziej podobało mi się podkreślenie (poprzez postawy i zachowanie bohaterów), że wobec Chrystusa nie można przejść obojętnie, trzeba zająć stanowisko "za" lub "przeciw".
Czytelnik znający dobrze chrześcijaństwo i różne Kościoły w jego łonie dostrzeże, że autorka jest protestantką. Nie znaczy to jednak, że katolik nie może tej książki czytać! Wręcz przeciwnie! Autorka nie wnika bowiem w różnice dogmatyczne między odłamami chrześcijaństwa, nie próbuje czytelnikowi narzucić twierdzenia, że "pierwotny Kościół był protestancki", lecz przede wszystkim ukazuje osobiste doświadczenie wiary przeżywane przez różnych ludzi - gwałtownych, wojowniczych, prostych, bogatych, biednych, łaknących zemsty, wykształconych, pokornych… Pokazuje trudności, jakie napotyka każdy, kto na serio traktuje swoją wiarę.
Trylogia jest naprawdę warta przeczytania, nie tylko przez ludzi wierzących, ale przez wszystkich, którzy interesują się historią starożytną.
[recenzja opublikowana także w serwisie BiblioNETka]
Jakiś czas temu zachwyciłam się twórczością Francine Rivers. Zaczęło się od książki "Dziecko pokuty", którą to lekturę jedna z moich uczennic przeczytała i zreferowała, z zamiarem otrzymania oceny celującej :) Dostała zadanie dodatkowe - pożyczyć mi tę książkę! Książka niesamowita, więc szukam dalszych pozycji. Przeczytałam już prawie całą serię "Synowie pocieszenia", przeczytałam "Potęgę miłości", i w końcu sięgnęłam po trylogię "Znamię lwa". I o tym opowiem.
Cała trylogia rozgrywa się w I wieku n.e. - opisuje początki chrześcijaństwa. Akcja rozpoczyna się w obleganej przez Rzymian Jerozolimie, a potem, wraz z główną bohaterką, Hadassą, przenosi się do Rzymu, następnie do Efezu, a w końcu dociera do odległej Germanii.
Głównymi bohaterami trylogii są przedstawiciele trzech różnych narodów i religii: Hadassa - z pochodzenia Żydówka, wyznawczyni chrześcijaństwa; Markus Walerian i jego rodzina - Rzymianie, oraz Atretes - Germanin. W pierwszej części poznajemy losy wszystkich bohaterów, część druga skupia się na wydarzeniach dotyczących rodziny Walerianów, a część trzecia - Atretesa.
Powieść opisuje zetknięcie się chrześcijaństwa z kulturą i religią Greków, Rzymian i Germanów. Widzimy jak bohaterowie - wierzący w Chrystusa i ci, którzy tej wiary nie podzielają - zmagają się z własnymi uczuciami, poglądami, religią. Autorka nie stara się ubarwiać rzeczywistości. Pokazuje trudny proces dochodzenia do wiary, nie boi się ukazać przeszkód, ludzkich słabości i grzechów. Najbardziej podobało mi się podkreślenie (poprzez postawy i zachowanie bohaterów), że wobec Chrystusa nie można przejść obojętnie, trzeba zająć stanowisko "za" lub "przeciw".
Czytelnik znający dobrze chrześcijaństwo i różne Kościoły w jego łonie dostrzeże, że autorka jest protestantką. Nie znaczy to jednak, że katolik nie może tej książki czytać! Wręcz przeciwnie! Autorka nie wnika bowiem w różnice dogmatyczne między odłamami chrześcijaństwa, nie próbuje czytelnikowi narzucić twierdzenia, że "pierwotny Kościół był protestancki", lecz przede wszystkim ukazuje osobiste doświadczenie wiary przeżywane przez różnych ludzi - gwałtownych, wojowniczych, prostych, bogatych, biednych, łaknących zemsty, wykształconych, pokornych… Pokazuje trudności, jakie napotyka każdy, kto na serio traktuje swoją wiarę.
Trylogia jest naprawdę warta przeczytania, nie tylko przez ludzi wierzących, ale przez wszystkich, którzy interesują się historią starożytną.
[recenzja opublikowana także w serwisie BiblioNETka]
wtorek, 2 sierpnia 2011
Me gusta tocar la guitarra
Dzisiaj będzie o radosnych stronach pracy katechetki :)
Od roku gram na gitarze. Ogólnie rzecz biorąc, jestem samoukiem. Korzystałam z internetu, podpatrywałam innych grających... i tak się jakoś nauczyłam. A zainspirował mnie mój uczeń, który sam marzył o grze na gitarze. Niewiele umiał, ale do gitary go ciągnęło... W końcu sobie kupiłam, i tak się zaczęła moja przygoda.
Wspomniany uczeń w tym roku spełnił swoje marzenie. Zapracował sobie i w końcu stał się posiadaczem ślicznej gitary elektrycznej. I co z tego? Ano tyle, że kiedy spotkaliśmy się w wakacje przywitał mnie pytaniem: Kiedy oaza staruje ze spotkaniami? Niech mi pani da jakieś łatwe piosenki do nauczenia.
No to ja, cała w skowronkach (będzie z kim pograć!) napisałam mu kilka piosenek, niech się uczy. Z doświadczenia wiem, że lepiej ćwiczyć we dwoje, zaprosiłam go dzisiaj do mnie. Cóż, trzeba było do niego podjechać, załadować sprzęt do bagażnika (dla niewtajemniczonych - do gitary elektrycznej potrzebny jest wzmacniacz, tzw. piecyk) i dajemy czadu :) Pograliśmy trochę, pośmialiśmy się, ale idzie nam całkiem nieźle, więc myślę, że podczas Nawiedzenia Obrazu Matki Bożej zagramy coś razem :)
Pan Bóg działa! I sprawia, że marzenia się spełniają.
Me gusta tocar la guitarra... com mi hijo :)
Od roku gram na gitarze. Ogólnie rzecz biorąc, jestem samoukiem. Korzystałam z internetu, podpatrywałam innych grających... i tak się jakoś nauczyłam. A zainspirował mnie mój uczeń, który sam marzył o grze na gitarze. Niewiele umiał, ale do gitary go ciągnęło... W końcu sobie kupiłam, i tak się zaczęła moja przygoda.
Wspomniany uczeń w tym roku spełnił swoje marzenie. Zapracował sobie i w końcu stał się posiadaczem ślicznej gitary elektrycznej. I co z tego? Ano tyle, że kiedy spotkaliśmy się w wakacje przywitał mnie pytaniem: Kiedy oaza staruje ze spotkaniami? Niech mi pani da jakieś łatwe piosenki do nauczenia.No to ja, cała w skowronkach (będzie z kim pograć!) napisałam mu kilka piosenek, niech się uczy. Z doświadczenia wiem, że lepiej ćwiczyć we dwoje, zaprosiłam go dzisiaj do mnie. Cóż, trzeba było do niego podjechać, załadować sprzęt do bagażnika (dla niewtajemniczonych - do gitary elektrycznej potrzebny jest wzmacniacz, tzw. piecyk) i dajemy czadu :) Pograliśmy trochę, pośmialiśmy się, ale idzie nam całkiem nieźle, więc myślę, że podczas Nawiedzenia Obrazu Matki Bożej zagramy coś razem :)
Pan Bóg działa! I sprawia, że marzenia się spełniają.
Me gusta tocar la guitarra... com mi hijo :)
środa, 27 lipca 2011
Mówić czy milczeć?
15 Zamilkli. Już więcej nie mówią:Fragment mowy Elihu. Młody mędrzec odczuwa przymus mówienia. Staje w obronie Boga.
[widocznie] słów zabrakło.
16 Czekałem. Nie odpowiadają.
Stoją. Nie wiedzą, co odrzec.
17 Niech ja z kolei coś powiem,
niech ja wyjawię swą wiedzę!
18 Gdyż słów jestem pełen,
od wnętrza duch mnie przymusza.
19 Me serce jak wino zamknięte,
rwie się jak nowe bukłaki.
20 Muszę powiedzieć dla ulgi.
Otworzę swe usta. Przemówię. [Hi 32, 15-20]
Bardzo często zdarza mi się odczuwać coś podobnego. Kiedy ktoś pyta o jakąś kwestię związaną z wiarą, porusza kontrowersyjny temat czy też wyraża jakąś błędną opinię, czuję się zobowiązana zabrać głos. Czy zawsze słusznie? Przecież często ktoś w ten sposób prowokuje, aby obrażać czy ośmieszać chrześcijan i prawdy wiary.
Czasem też moje słowa są próbą "tłumaczenia" czy "usprawiedliwiania" Boga. Tak jak wspomniany Elihu. Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy ktoś pyta o cierpienie, śmierć, klęski żywiołowe czy kontrowersyjne fragmenty Biblii.
Czy jednak Bóg potrzebuje mojej obrony? Elihu próbował bronić postępowania Boga, ale Bóg go za to nie pochwalił. Pochwalił za to Hioba, który obwiniał Boga o swoje cierpienia, domagając się sprawiedliwości. Hiob był szczery wobec Boga, skoro czegoś nie rozumiał, to po prostu domagał się odpowiedzi.
Bóg nie potrzebuje mojej obrony. Czasem lepiej milczeć, aby - jak mówi Ewangelia - nie rzucać pereł przed świnie (por. Mt 7,6). Aby nie narażać wiary, Słowa Bożego na ośmieszenie czy obrazę.
piątek, 22 lipca 2011
Teologia - wiara - zbawienie
"Nie w potędze, a nawet w mądrości
ale w łasce Bożej jest zbawienie człowieka"
św. Bazyli WielkiZbawienie - zjednoczenie z Bogiem. Każdy wierzący pragnie je osiągnąć i poszukuje ku niemu drogi. Ale jak uzyskać zbawienie? Czy można je "kupić" dobrymi uczynkami, wypełnianiem praktyk religijnych?
Otóż nie, bo człowiek nie może zbawić się sam.
Zbawienie jest łaską, darem. Bóg je daje człowiekowi. Dlaczego? Bo go kocha i chce, aby człowiek też Go kochał.
Św. Bazyli przestrzega przed szukaniem zbawienia "po swojemu". Zbawienie to nie potęga i władza. Zbawienie to również nie mądrość. I to stwierdzenie skłoniło mnie do przemyśleń.
Uwielbiam czytać. lubię także się uczyć. Teologia mnie fascynuje. Jednak od teologii do zbawienia jest jeszcze długa droga. Nie wystarczy przecież tylko "wiedzieć", trzeba jeszcze uwierzyć.
Oczywiście, że wierzę. Tylko często dostrzegam, że w mojej wierze jest więcej rozumu niż serca. Dużo wiem, ale wiąże się to z pokusą sprowadzenia wiary do wiedzy. A stąd już niewielki kroczek do herezji - gnostycyzmu. Gnostycy bowiem rozumieli zbawienie jako "poznanie" Boga, dotarcie do tajemnej wiedzy. Nie znaczy to jednak, że mam popadać w drugą skrajność - niewiedzę :)
Poziom wiedzy nie jest równoznaczny z głębią wiary. To fakt, który powtarzam moim uczniom - oceniam ich wiedzę, a nie to, czy chodzi na Mszę św., Drogę Krzyżową czy Różaniec. Ale z drugiej strony - muszę uważać, czy dzielę się z nimi także moją wiarą, a nie tylko wiedzą. Czy to, czego ich uczę, pomoże im w nawiązaniu lub pogłębieniu relacji z Bogiem.
Podobnie jest z moją grupą oazową: mam ich prowadzić do Jezusa, a nie zrobić z nich teologów!
środa, 13 lipca 2011
Piękne Mazury
W sobotę wróciłam z Mazur. Pierwszy raz w życiu gdzieś wyjechałam, samodzielnie. (Czyli nie z wycieczką itp.). Było świetnie! Od dawna marzyłam o wyjeździe na Mazury, zwłaszcza po to, żeby pojeździć tam rowerem. Uwielbiam wycieczki rowerowe! Niestety, nie udało mi się w pełni zrealizować moich planów rowerowego spędzania czasu, z kilku powodów: byłam z rodzicami i bratem, ich plany też trzeba uwzględnić; rower, który miałam do dyspozycji trochę mi nie odpowiadał; pogoda nie zawsze była dobra na rower; no i bolała mnie pewna część ciała :)
Mimo wszystko Mazury są prześliczne. Ogromne jeziora, zieleń i czyściutka woda w Mamrach - coś wspaniałego! Już marzę o tym, żeby w przyszłym roku pojechać znowu...
Mimo wszystko Mazury są prześliczne. Ogromne jeziora, zieleń i czyściutka woda w Mamrach - coś wspaniałego! Już marzę o tym, żeby w przyszłym roku pojechać znowu...
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Rekolekcje dla katechetów
Wróciłam z rekolekcji dla katechetów. Mam obowiązek bywać na takowych raz na dwa lata. W tym roku jechałam z nastawieniem, że się będę nudzić przez trzy dni. A tu niespodzianka! Rekolekcje prowadził ks. A. Klimek, redaktor naczelny naszego diecezjalnego dwutygodnika. To bardzo sympatyczny kapłan. No i miał świetne konferencje, naprawdę warto było posłuchać. Mówił o tegorocznym programie duszpasterskim "Żyć w komunii z Bogiem i ludźmi", a przede wszystkim skupił się na budowaniu wspólnoty. Trafił bardzo w to, co mnie gdzieś dręczyło i niepokoiło. Najbardziej trafiło do mnie, gdy mówił o tym, co pomaga budować wspólnotę. Jednym z takich czynników jest świadomość własnej ograniczoności. I to okazało się bardzo mi bliskie... Tak często chciałabym wszystko zrobić sama, wszystko po mojemu... a tu jednak z pokorą trzeba przyjąć, że nie wszystko ode mnie zależy. A druga rzecz wynikła z indywidualnej rozmowy. Powiedział mi, żebym się nie obciążała odpowiedzialnością za wiarę moich uczniów, bo nawet jeśli zrobię coś źle, jeśli zaszkodzę, to nie będę za to odpowiedzialna, bo przecież nie to było moim celem. No i żebym nie próbowała na siłę naprawiać moich błędów, bo wtedy bardziej mogę namieszać.
Rekolekcje rzeczywiście mogę zaliczyć do bardzo udanych, wiele rzeczy widzę jaśniej - w sobie i w mojej pracy.
Rekolekcje rzeczywiście mogę zaliczyć do bardzo udanych, wiele rzeczy widzę jaśniej - w sobie i w mojej pracy.
środa, 22 czerwca 2011
Coś się kończy, coś się zaczyna....
Nadeszła ta chwila... pożegnałam dziś moich trzecioklasistów. Miałam nie płakać, i prawie mi się to udało :) Troszkę mi się miękko zrobiło, jak się poszłam uściskać z moimi chłopakami. Jeden z nich: Niech pani nie płacze, przecież się będziemy widywać. A drugi: Ja się z panią ściskać nie będę, bo ja z oazy nie odchodzę i będziemy się co tydzień widzieć. I jak tu ich nie kochać? Ja sobie nie wyobrażam przyszłego roku bez nich. Chyba nikt nie potrafi w taki sposób się ze mną przekomarzać - pożartować i z siebie, i ze mnie, jednocześnie nikogo nie obrażając.
A moje dziewczyny? I., P., K., A... Będzie dziwnie w przyszłym roku...
Teraz jednak wakacje. Przede mną Boże Ciało, grill z oazą, rekolekcje dla katechetów, wizyta nauczycieli z partnerskiej szkoły na Słowacji, urlop na Mazurach, remont pokoju.... Tyle przede mną!!!
Coś się kończy, coś się zaczyna....
A moje dziewczyny? I., P., K., A... Będzie dziwnie w przyszłym roku...
Teraz jednak wakacje. Przede mną Boże Ciało, grill z oazą, rekolekcje dla katechetów, wizyta nauczycieli z partnerskiej szkoły na Słowacji, urlop na Mazurach, remont pokoju.... Tyle przede mną!!!
Coś się kończy, coś się zaczyna....
wtorek, 14 czerwca 2011
Radości i smutki "końcoworoczne"
Wielkimi krokami zbliża się koniec roku szkolnego. Ogromne dylematy związane z wystawianiem ocen - jestem zbyt łagodna!!! No i smutek - odchodzą "moi" trzecioklasiści... Wiele z nimi przeżyłam, sytuacji radosnych i trudnych, ale w pamięci zostaną tylko te przyjemne. Bardzo się z nimi zżyłam przez dwa lata (uczę ich od drugiej klasy) i chyba się rozpłaczę na zakończeniu roku. Będę strasznie tęsknić, za S., I., M., A..... z kim będę o snookerze rozmawiać? Komu powiem, że mam doła, jak nie będzie I. i S.? Ech...
W sobotę trzecioklasiści mieli bal, poprzedzony Mszą świętą. Bardzo dużo ich było na Mszy, super. A jaką niespodziankę mi zrobili! W piątek ustalałam, kto przeczyta czytanie, zaśpiewa psalm. No i organizowałam dwie dziewczyny do modlitwy wiernych, Olę i Izę. Przed Mszą szukam dziewczyn, a ich nie widać... W końcu, na trzy minuty przed Mszą - są! No ok, myślę sobie. A Ola mówi, że ona czytać nie będzie, bo się denerwuje, i że załatwiły chłopaków. Jakich chłopaków? - pytam. L, M, D i M - usłyszałam w odpowiedzi. Moja reakcja: Że niby kto??? - nie uwierzę, jak nie zobaczę. A jednak! Łza mi się w oku zakręciła, jak ich zobaczyłam na ambonie.Miła niespodzianka... To było cudowne...
A potem bal. Myślę sobie trochę egoistycznie, który z moich uczniów ze mną zatańczy. Zaskoczenie kompletne: pierwszy był W. - który przez dwa lata uprzykrzał mi życie... :) A potem B., Ł., R., S.i jeszcze Ł., i W. Dawno się tak dobrze nie bawiłam....
Będzie mi ich ogromnie brakować!!!
W sobotę trzecioklasiści mieli bal, poprzedzony Mszą świętą. Bardzo dużo ich było na Mszy, super. A jaką niespodziankę mi zrobili! W piątek ustalałam, kto przeczyta czytanie, zaśpiewa psalm. No i organizowałam dwie dziewczyny do modlitwy wiernych, Olę i Izę. Przed Mszą szukam dziewczyn, a ich nie widać... W końcu, na trzy minuty przed Mszą - są! No ok, myślę sobie. A Ola mówi, że ona czytać nie będzie, bo się denerwuje, i że załatwiły chłopaków. Jakich chłopaków? - pytam. L, M, D i M - usłyszałam w odpowiedzi. Moja reakcja: Że niby kto??? - nie uwierzę, jak nie zobaczę. A jednak! Łza mi się w oku zakręciła, jak ich zobaczyłam na ambonie.Miła niespodzianka... To było cudowne...
A potem bal. Myślę sobie trochę egoistycznie, który z moich uczniów ze mną zatańczy. Zaskoczenie kompletne: pierwszy był W. - który przez dwa lata uprzykrzał mi życie... :) A potem B., Ł., R., S.i jeszcze Ł., i W. Dawno się tak dobrze nie bawiłam....
Będzie mi ich ogromnie brakować!!!
niedziela, 5 czerwca 2011
Wrażenia "polednicowe"
Wróciłam nad ranem z moją wspaniałą piętnastką :) Ale nie do końca jestem zadowolona... Ale po kolei.
1) Najbardziej chyba nie spodobał mi się przebieg spotkania. Temat i owszem, ciekawy, ale realizacja nie bardzo. Mało ciekawych rzeczy, niby procesje sobie szły, ale po co i dlaczego? Nie bardzo...
2) Msza św. o 20.00 to jest największy niewypał. Eucharystia to centralny punkt spotkania, "po" nie ma już tego skupienia, człowiek się już rozluźnia i szykuje do powrotu. Stąd - wybór Chrystusa to był właściwie przerywnik w pogaduszkach...
3) Niedopracowana organizacja. Wpuszczanie grup na polach i recepcja - super, to było bardzo dobrze w tym roku zrobione. Ale - że miało być namaszczenie olejem, a jednak nie było, i, co najważniejsze zabrakło Komunii św. dla ogromnej rzeszy ludzi. Ja rozumiem, że nie policzy się wszystkich, ale wyglądało to tak, jakby ponad połowa ludzi szła do Komunii później, do Namiotu Adoracji.
4) Mało okazji do śpiewów i tańca. Tańczono praktycznie trzy piosenki na zmianę: "Tak tak Panie", "Cały Twój" i "Jesteśmy mocni". A, i raz było "Tańcem chwalmy Go". "Orły" też tylko raz...
To takie uwagi dotyczące całokształtu. Jeśli chodzi o moja grupę, to sprawowali się bez zarzutu. "Zakochane pary" bardzo przyzwoicie, bez ostentacyjnego okazywania sobie uczuć. Duży plus! Trochę mi było smutno, bo mój ulubieniec (tak, tak, często tu wspominany pod różnymi "ksywkami") nie bardzo tańczył, i w końcu nie wiem, z czego to wynikało... chyba jednak z atmosfery ogólnej.
Ci, którzy jechali pierwszy raz (z mojej grupy) wrócili zachwyceni (z dwoma wyjątkami, ale ok), natomiast ci, którzy byli w zeszłym roku i wcześniej, wrócili z pewnym poczuciem zawodu...
Nie rezygnujemy jednak, jedziemy za rok!!
Chyba... :)
1) Najbardziej chyba nie spodobał mi się przebieg spotkania. Temat i owszem, ciekawy, ale realizacja nie bardzo. Mało ciekawych rzeczy, niby procesje sobie szły, ale po co i dlaczego? Nie bardzo...
2) Msza św. o 20.00 to jest największy niewypał. Eucharystia to centralny punkt spotkania, "po" nie ma już tego skupienia, człowiek się już rozluźnia i szykuje do powrotu. Stąd - wybór Chrystusa to był właściwie przerywnik w pogaduszkach...
3) Niedopracowana organizacja. Wpuszczanie grup na polach i recepcja - super, to było bardzo dobrze w tym roku zrobione. Ale - że miało być namaszczenie olejem, a jednak nie było, i, co najważniejsze zabrakło Komunii św. dla ogromnej rzeszy ludzi. Ja rozumiem, że nie policzy się wszystkich, ale wyglądało to tak, jakby ponad połowa ludzi szła do Komunii później, do Namiotu Adoracji.
4) Mało okazji do śpiewów i tańca. Tańczono praktycznie trzy piosenki na zmianę: "Tak tak Panie", "Cały Twój" i "Jesteśmy mocni". A, i raz było "Tańcem chwalmy Go". "Orły" też tylko raz...
To takie uwagi dotyczące całokształtu. Jeśli chodzi o moja grupę, to sprawowali się bez zarzutu. "Zakochane pary" bardzo przyzwoicie, bez ostentacyjnego okazywania sobie uczuć. Duży plus! Trochę mi było smutno, bo mój ulubieniec (tak, tak, często tu wspominany pod różnymi "ksywkami") nie bardzo tańczył, i w końcu nie wiem, z czego to wynikało... chyba jednak z atmosfery ogólnej.
Ci, którzy jechali pierwszy raz (z mojej grupy) wrócili zachwyceni (z dwoma wyjątkami, ale ok), natomiast ci, którzy byli w zeszłym roku i wcześniej, wrócili z pewnym poczuciem zawodu...
Nie rezygnujemy jednak, jedziemy za rok!!
Chyba... :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

