(Iz 49,3.5-6)
Pan rzekł do mnie: Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię.
Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz
przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym
nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało,
iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia
ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje
zbawienie dotarło aż do krańców ziemi.
Z opóźnieniem, ale jest :) Cóż, wczoraj u mnie w domu prądu i internetu brak... Nauka do egzaminu przy świeczkach... Wcześniej "gwiazdy tańczą na lodzie" - jak dojść od drzwi szkoły do samochodu? Moje krzywe nogi protestują... Obyło się bez fikołków...
Wracam do Izajasza. Znów czytanie, które w pewien sposób nawiązuje do powołania katechety. Pan ukształtował mnie od urodzenia na swego Sługę... mam takie wrażenie, że to jest plan Boga dla mnie. Po prostu nie wyobrażam sobie siebie w innej pracy. To musi być teologia - katecheza w gimn., spotkania z młodzieżą, może w przyszłości praca ze studentami teologii... Bóg mówi do proroka: "To zbyt mało"... Często mam takie wrażenie, że robię zbyt mało, że tracę wielu uczniów. Łatwo jest uczyć tych, którzy tego chcą; gorzej - "pogan"... A mam takich... najbardziej boli, kiedy są to uczniowie, którzy w swoich parafiach są ministrantami (!), a np. grozi im niedostateczny z religii... Gdzie jest mój błąd? Albo co z takim uczniem, który regularnie chodzi do kościoła (celowo tak napisałam - "do kościoła", a nie "na Mszę św.") i uważa, że to wystarczy do bycia chrześcijaninem, a jednocześnie ma problem z używkami i dopalaczami? Mam nadzieję, że chociaż to ponad moje siły, to Bóg nawet z mojej skromnej pracy wydobędzie dobro...
Poza tym - dziś PWT Wrocław i dwa egzaminy. Nabrałam apetytu na wysoką średnią :) Liturgia w refleksji teologicznej Ratzingera - 5; Biblijne podstawy duszpasterstwa - 5. Bałam się bardziej tego pierwszego egzaminu, ale było łatwo, za to biblistyka... No no, ksiądz profesor poszalał ze szczegółowością pytań... Ale i tak do przodu! Jeszcze dwa :)
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
wtorek, 21 stycznia 2014
wtorek, 14 stycznia 2014
post numer 100 :)
Ten post jest setnym w mojej "karierze". Jak można zobaczyć, w początkach byłam bardzo aktywna, potem mój zapał osłabł, a ostatnio wracam do częstszego pisania. Po prostu - mam większą motywację, bo ktoś to jednak czyta :)
Ostatnio niestety dokucza mi notoryczny brak czasu... Dużo pracy w szkole, bo zbliża się koniec półrocza, w przedszkolu ewaluacja zewnętrzna, u nas w gimn. spotkanie zespołu oceniania kształtującego... A ja się muszę uczyć!!! Wczoraj cały dzień (od 8.00 do 18.00) chodziłam po szkole z książką, ale nawet jej nie otwarłam... Mimo to... egzamin z teologii synodów i soborów K-ła (do 250r) zdałam na 5!!! Cóż, jeszcze cztery przede mną....
Z powyższych powodów niestety zaniedbałam moje rozważania nad niedzielnym czytaniem, mam nadzieję, że jak najszybciej wrócę do tej praktyki.
Jeszcze jedna rzecz nieustannie nurtuje moje serce... To rekolekcje wyjazdowe dla mojej grupy parafialnej. Coś mało chętnych, na razie 11 osób... chciałabym, żeby było przynajmniej 15. Chociaż z drugiej strony, w tym roku będę miała niedobór animatorów, bo jedna dziewczyna ostatnio zrezygnowała z wyjazdu... Zamartwiałam się, bo nawet jeszcze nie miałam planu ani materiałów... Do ubiegłego czwartku :) Szymon wpadł na kawę, dwie godziny twórczej dyskusji (ale miał mega pomysły!!) i już ogólny zarys mamy! Cudnie! Teraz muszę to wszystko ogarnąć, co trzeba napisać, wydrukować i pokserować i możemy jechać!
Bardzo mi potrzebne te rekolekcje :)
Ostatnio niestety dokucza mi notoryczny brak czasu... Dużo pracy w szkole, bo zbliża się koniec półrocza, w przedszkolu ewaluacja zewnętrzna, u nas w gimn. spotkanie zespołu oceniania kształtującego... A ja się muszę uczyć!!! Wczoraj cały dzień (od 8.00 do 18.00) chodziłam po szkole z książką, ale nawet jej nie otwarłam... Mimo to... egzamin z teologii synodów i soborów K-ła (do 250r) zdałam na 5!!! Cóż, jeszcze cztery przede mną....
Z powyższych powodów niestety zaniedbałam moje rozważania nad niedzielnym czytaniem, mam nadzieję, że jak najszybciej wrócę do tej praktyki.
Jeszcze jedna rzecz nieustannie nurtuje moje serce... To rekolekcje wyjazdowe dla mojej grupy parafialnej. Coś mało chętnych, na razie 11 osób... chciałabym, żeby było przynajmniej 15. Chociaż z drugiej strony, w tym roku będę miała niedobór animatorów, bo jedna dziewczyna ostatnio zrezygnowała z wyjazdu... Zamartwiałam się, bo nawet jeszcze nie miałam planu ani materiałów... Do ubiegłego czwartku :) Szymon wpadł na kawę, dwie godziny twórczej dyskusji (ale miał mega pomysły!!) i już ogólny zarys mamy! Cudnie! Teraz muszę to wszystko ogarnąć, co trzeba napisać, wydrukować i pokserować i możemy jechać!
Bardzo mi potrzebne te rekolekcje :)
piątek, 10 stycznia 2014
O przyjaźni z uczniem - ciąg dalszy
Z przykrością muszę zawiadomić, że przez przypadek usunęłam komentarz od Afro pod poprzednim postem, razem z odpowiedziami do niego... Nie zrobiłam tego celowo! Przepraszam!!!
Afro nie zgadza się ze mną w sprawie przyjaźni z uczniem. Ja nie widzę w tym nic gorszącego, ponieważ relacja przyjacielska pojawiła się po opuszczeniu przez te osoby: Klaudię i Szymona (chyba mogę podać imiona?) gimnazjum. Dla mnie granicą jest ich obecność w szkole. Dopóki są moimi uczniami, obowiązuje relacja nauczyciel - uczeń, natomiast jak się ta relacja rozwinie po ukończeniu szkoły, pozostaje kwestią otwartą...
Czy przyjaźń albo pozaszkolna znajomość z BYŁYMI uczniami jest czymś nieetycznym? Moglibyśmy doprowadzić do bardzo daleko idących wniosków, np. pracuję w tej szkole, do której kiedyś chodziłam, moja dawna wychowawczyni jest moją koleżanką z pracy... i co teraz, mam nie utrzymywać z nią żadnych relacji? Przychodzą do nas do pracy nauczyciele, którzy kończyli nasze gimn., i nauczycielki, które kiedyś ich uczyły, teraz proszą o zwracanie się po imieniu... Nie wolno? Oznaczałoby to, że fakt, że kiedyś kogoś uczyłam wyklucza jakiekolwiek bliższe relacje nawet w dalszej przyszłości... Oczywiście teraz popadam w skrajności, przesadzam trochę, ale chciałam pokazać, do czego można doprowadzić takim myśleniem.
Oczywiście, zgadzam się z Afro, że nie ma mowy o przyjaźni "od serca" z aktualnym uczniem czy uczennicą. To może powodować wątpliwości moralne. We wspomnianej przeze mnie historii, w czasie nauki Szymona w naszej szkole moje zainteresowanie jego sprawami wynikało z sympatii i troski o dobro ucznia, w którym widziałam duży potencjał. Miał do mnie zaufanie jako do nauczyciela. Dopiero po ukończeniu szkoły nasze relacje przerodziły się w bardziej prywatne i przyjacielskie, z Klaudią było zresztą podobnie.
Jeszcze raz przepraszam za usunięcie posta, i zapraszam do dalszej dyskusji :)
Afro nie zgadza się ze mną w sprawie przyjaźni z uczniem. Ja nie widzę w tym nic gorszącego, ponieważ relacja przyjacielska pojawiła się po opuszczeniu przez te osoby: Klaudię i Szymona (chyba mogę podać imiona?) gimnazjum. Dla mnie granicą jest ich obecność w szkole. Dopóki są moimi uczniami, obowiązuje relacja nauczyciel - uczeń, natomiast jak się ta relacja rozwinie po ukończeniu szkoły, pozostaje kwestią otwartą...
Czy przyjaźń albo pozaszkolna znajomość z BYŁYMI uczniami jest czymś nieetycznym? Moglibyśmy doprowadzić do bardzo daleko idących wniosków, np. pracuję w tej szkole, do której kiedyś chodziłam, moja dawna wychowawczyni jest moją koleżanką z pracy... i co teraz, mam nie utrzymywać z nią żadnych relacji? Przychodzą do nas do pracy nauczyciele, którzy kończyli nasze gimn., i nauczycielki, które kiedyś ich uczyły, teraz proszą o zwracanie się po imieniu... Nie wolno? Oznaczałoby to, że fakt, że kiedyś kogoś uczyłam wyklucza jakiekolwiek bliższe relacje nawet w dalszej przyszłości... Oczywiście teraz popadam w skrajności, przesadzam trochę, ale chciałam pokazać, do czego można doprowadzić takim myśleniem.
Oczywiście, zgadzam się z Afro, że nie ma mowy o przyjaźni "od serca" z aktualnym uczniem czy uczennicą. To może powodować wątpliwości moralne. We wspomnianej przeze mnie historii, w czasie nauki Szymona w naszej szkole moje zainteresowanie jego sprawami wynikało z sympatii i troski o dobro ucznia, w którym widziałam duży potencjał. Miał do mnie zaufanie jako do nauczyciela. Dopiero po ukończeniu szkoły nasze relacje przerodziły się w bardziej prywatne i przyjacielskie, z Klaudią było zresztą podobnie.
Jeszcze raz przepraszam za usunięcie posta, i zapraszam do dalszej dyskusji :)
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Przyjaźń
Dziś trochę refleksji nad przyjaźnią, bo to bardzo ważna część życia człowieka. Bóg w Księdze Rodzaju mówi, że "nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam". Myślę, że można te słowa przenieść także na płaszczyznę przyjaźni. Nie jest dobrze, aby człowiek był sam, nie może być zupełnie samotny. Nie każdy jest powołany do małżeństwa, ale ludzie żyjący w inny sposób powinni mieć przyjaciół.
Ja nie mam ich zbyt wielu. Chyba to moja wina, jestem osobą dość trudną we współpracy, poza tym mam trudności z zawieraniem nowych znajomości. Jest jednak parę osób, z którymi mam przyjacielskie relacje, którzy mogą liczyć na mnie, a ja na nich.
Opowiem trochę o jednej z tych osób, bo to taka trochę niecodzienna sytuacja. Bo czy można przyjaźnić się z uczniem? Na szczęście teraz już byłym uczniem...Polubiłam tego chłopaka od samego początku mojej pracy - był wtedy w 1. klasie gimn., a ja nawet go nie uczyłam. Znaliśmy się z innych okoliczności - był ministrantem, zaczął przychodzić na spotkania oazy. W 2 i 3 klasie uczyłam go, miał u mnie "celujący" - bo udzielał się w oazie, zawsze pracował na lekcjach, zadawał mądre pytania... Ze względu na jego obecność we wspólnocie, miałam z nim dużo do czynienia. Stał się moją "prawą ręką". W gimn. zaczął mieć problemy z zachowaniem: wagary i inne kłopoty. A ja mu stawiałam 6 i wpisywałam pochwały... W 3 kl. doszły problemy z wiarą, bardzo poważne. Bardzo o niego walczyłam, nastawałam "w porę, nie w porę", jak mówi św. Paweł. Zależało mi, żeby nie odchodził z oazy, bo po prostu bardzo mi jest w niej potrzebny. I mimo różnych sytuacji, odchodzenia i powrotów, jest w grupie do dziś :) Poprzez rozmowy, które wtedy prowadziliśmy, dobrze go poznałam, a on mnie. Przekonałam się, że dobrze się rozumiemy. Zaczęło mi przeszkadzać to, że go uczę, bo obawiałam się, że będę stronnicza w ocenianiu, ale nic takiego nie miało miejsca. Kiedy skończył gimnazjum nasze kontakty się nie zerwały, wręcz przeciwnie, umocniły. Zaczął mi pomagać "prywatnie", np. przy remoncie w domu... Na rekolekcjach wyjazdowych z naszą grupą poprosiłam, żeby mi mówił po imieniu. I taka przyjaźń trwa do dziś, a chłopak jest już pełnoletni - nawet dostał ode mnie prezent na 18-stkę - zamówiłam w jego intencji Mszę św. :) Stał się "przyjacielem domu" - kumpluje się z moim bratem, moi rodzice bardzo go lubią. Był z nami na wakacjach, często wpada na kawę, pomagamy sobie (np. kiedy potrzebuje podwózki samochodem) itp.
A ja się często zastanawiam, jakimi dziwnymi drogami prowadzi mnie Bóg... Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie wśród uczniów znajdę takich oddanych przyjaciół - jest jeszcze jedna dziewczyna, z którą mam bardzo podobne relacje... Z tym chłopakiem mogę porozmawiać o wielu sprawach, i wiem, że znajdę u niego wsparcie. Tak samo on - zwraca się do mnie, kiedy ma jakiś problem i potrzebuje pomocy.
Czy to nie jest dziwne? Przyjaźnić się z 10 lat młodszą osobą? Myślę tak czasami... bo może tak nie powinno być? Ale kiedy kolejny raz "młody" mówi, że wleci na kawkę i sobie pogadamy, to mi się lżej na duszy robi... Dziękuję Bogu, że postawił takie osoby jak ten chłopak i ta dziewczyna na mojej drodze :)
Ja nie mam ich zbyt wielu. Chyba to moja wina, jestem osobą dość trudną we współpracy, poza tym mam trudności z zawieraniem nowych znajomości. Jest jednak parę osób, z którymi mam przyjacielskie relacje, którzy mogą liczyć na mnie, a ja na nich.
Opowiem trochę o jednej z tych osób, bo to taka trochę niecodzienna sytuacja. Bo czy można przyjaźnić się z uczniem? Na szczęście teraz już byłym uczniem...Polubiłam tego chłopaka od samego początku mojej pracy - był wtedy w 1. klasie gimn., a ja nawet go nie uczyłam. Znaliśmy się z innych okoliczności - był ministrantem, zaczął przychodzić na spotkania oazy. W 2 i 3 klasie uczyłam go, miał u mnie "celujący" - bo udzielał się w oazie, zawsze pracował na lekcjach, zadawał mądre pytania... Ze względu na jego obecność we wspólnocie, miałam z nim dużo do czynienia. Stał się moją "prawą ręką". W gimn. zaczął mieć problemy z zachowaniem: wagary i inne kłopoty. A ja mu stawiałam 6 i wpisywałam pochwały... W 3 kl. doszły problemy z wiarą, bardzo poważne. Bardzo o niego walczyłam, nastawałam "w porę, nie w porę", jak mówi św. Paweł. Zależało mi, żeby nie odchodził z oazy, bo po prostu bardzo mi jest w niej potrzebny. I mimo różnych sytuacji, odchodzenia i powrotów, jest w grupie do dziś :) Poprzez rozmowy, które wtedy prowadziliśmy, dobrze go poznałam, a on mnie. Przekonałam się, że dobrze się rozumiemy. Zaczęło mi przeszkadzać to, że go uczę, bo obawiałam się, że będę stronnicza w ocenianiu, ale nic takiego nie miało miejsca. Kiedy skończył gimnazjum nasze kontakty się nie zerwały, wręcz przeciwnie, umocniły. Zaczął mi pomagać "prywatnie", np. przy remoncie w domu... Na rekolekcjach wyjazdowych z naszą grupą poprosiłam, żeby mi mówił po imieniu. I taka przyjaźń trwa do dziś, a chłopak jest już pełnoletni - nawet dostał ode mnie prezent na 18-stkę - zamówiłam w jego intencji Mszę św. :) Stał się "przyjacielem domu" - kumpluje się z moim bratem, moi rodzice bardzo go lubią. Był z nami na wakacjach, często wpada na kawę, pomagamy sobie (np. kiedy potrzebuje podwózki samochodem) itp.
A ja się często zastanawiam, jakimi dziwnymi drogami prowadzi mnie Bóg... Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie wśród uczniów znajdę takich oddanych przyjaciół - jest jeszcze jedna dziewczyna, z którą mam bardzo podobne relacje... Z tym chłopakiem mogę porozmawiać o wielu sprawach, i wiem, że znajdę u niego wsparcie. Tak samo on - zwraca się do mnie, kiedy ma jakiś problem i potrzebuje pomocy.
Czy to nie jest dziwne? Przyjaźnić się z 10 lat młodszą osobą? Myślę tak czasami... bo może tak nie powinno być? Ale kiedy kolejny raz "młody" mówi, że wleci na kawkę i sobie pogadamy, to mi się lżej na duszy robi... Dziękuję Bogu, że postawił takie osoby jak ten chłopak i ta dziewczyna na mojej drodze :)
sobota, 4 stycznia 2014
Początek roku...
... jest pełen pracy :) 2 stycznia już wróciłam do pracy, chociaż bardzo mi się nie chciało... Od rana nakrzyczałam na 3c, a co, należy im się :) Potem jeszcze przedszkole, i znowu boli mnie gardło... W piątek nawet mi nieźle poszły lekcje, dzień szybko minął, a na 17.30 jechałam na spotkanie mojej grupy parafialnej. Moje dziewczyny na mnie "nakrzyczały" jeszcze w szkole: "Czemu w piątek po świętach nie było oazy?". No bez przesady, wolne było... Cieszę się, że tak tęsknią za spotkaniami, bo to znaczy, że to dla nich ważne. No i rekolekcje wyjazdowe... jeszcze nie mam nic przygotowane!! Mam nadzieję, że się wyrobię...
Dzisiaj byłam na spotkaniu opłatkowym dla katechetów. Przykra wiadomość - nasz biskup jest poważnie chory... gości mojego bloga proszę o modlitwę. Na spotkaniu zastępował go wikariusz generalny - ks. Latoń :) Uwielbiam go, niesamowicie życzliwy i otwarty kapłan. Wygłosił fantastyczne kazanie. Kiedy dzieliłam się z nim opłatkiem zapytał, co teraz robię (był moim wykładowcą filozofii na studiach). Kiedy się dowiedział, że studiuję, bardzo się ucieszył i powiedział, że z pewnością dam sobie radę. Bardzo mnie to podbudowało. Czyli muszę się zacząć pilnie uczyć, skoro tylu księży wierzy w moje możliwości :)
Dzisiaj byłam na spotkaniu opłatkowym dla katechetów. Przykra wiadomość - nasz biskup jest poważnie chory... gości mojego bloga proszę o modlitwę. Na spotkaniu zastępował go wikariusz generalny - ks. Latoń :) Uwielbiam go, niesamowicie życzliwy i otwarty kapłan. Wygłosił fantastyczne kazanie. Kiedy dzieliłam się z nim opłatkiem zapytał, co teraz robię (był moim wykładowcą filozofii na studiach). Kiedy się dowiedział, że studiuję, bardzo się ucieszył i powiedział, że z pewnością dam sobie radę. Bardzo mnie to podbudowało. Czyli muszę się zacząć pilnie uczyć, skoro tylu księży wierzy w moje możliwości :)
wtorek, 31 grudnia 2013
2013 - podsumowanie
W ostatnim dniu mijającego roku pokuszę się o kilka podsumowań i refleksji. Jaki był ten rok? Co się wydarzyło czy zmieniło w moim życiu i pracy?
Najważniejsza decyzja to podjęcie dalszych studiów. Ciągle obawiam się, co z tego wyniknie, czy dam sobie radę... Dla niewtajemniczonych: rozpoczęłam studia licencjacko-doktoranckie w zakresie teologii pastoralnej, a doktorat chciałabym napisać z katechetyki, nawet mam już wstępnie określony temat. Mam bardzo mieszane uczucia. Raz patrzę bardzo optymistycznie w przyszłość, już widzę siebie odbierającą dyplom i podpisującą się "dr" :), a innym razem zastanawiam się, czy nie porwałam się z motyką na słońce... Proszę o modlitwę.
Dwa udane wydarzenia tegoroczne to rekolekcje dla katechetów, przeżywane właśnie z problemem podjęcia studiów i pielgrzymka rowerowa do Częstochowy, w takiej samej intencji.
Do sukcesów można też zaliczyć udane i przyjemne wakacje, świetne rekolekcje wyjazdowe z moją grupą (i niezwykle szczera rozmowa z pewną osobą podczas tych rekolekcji... dużo mi dała dobrego), zyskanie trochę większej pewności siebie w pracy w szkole, udany remont pokoju, samodzielne położenie płytek w korytarzu... :)
Sprawy nieudane czy nieprzyjemne - właściwie jedna... Bardzo żałuję, że zgodziłam się na uzupełnianie etatu w przedszkolu. Pomijając fakt, że nie czuję się dobrze w pracy z małymi dziećmi, największym problemem jest współpraca z dyrektorką... Cały czas ma do mnie pretensje o nieobecność we wtorki - jestem wtedy we Wrocławiu na wykładach - ponieważ wtedy odbywają się rady pedagogiczne dla przedszkola. Nie potrafię zrozumieć, że w gimnazjum, gdzie mam 16 godzin, nie ma z tym żadnego problemu, wręcz przeciwnie, wszyscy są życzliwi i mnie wspierają, a tutaj... Tym bardziej, że kiedy przyjmowałam tę propozycję uprzedzałam o studiach...
Powróciłam do bardziej regularnego prowadzenia tego bloga. Niestety, większość odwiedzających pozostaje anonimowa. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna. Przynudzam?
I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta mnie autorka bloga: nieokrzesany charakterek. Jeśli tak, to mam takie pytanko: dlaczego nie mogę czytać Twoich postów? Każdy z nich jest zabezpieczony hasłem... To celowe, czy po prostu ja nie mam dostępu? Nie mogę się w żaden sposób z Tobą skontaktować.
Dla wszystkich moich anonimowych czytelników: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!
Najważniejsza decyzja to podjęcie dalszych studiów. Ciągle obawiam się, co z tego wyniknie, czy dam sobie radę... Dla niewtajemniczonych: rozpoczęłam studia licencjacko-doktoranckie w zakresie teologii pastoralnej, a doktorat chciałabym napisać z katechetyki, nawet mam już wstępnie określony temat. Mam bardzo mieszane uczucia. Raz patrzę bardzo optymistycznie w przyszłość, już widzę siebie odbierającą dyplom i podpisującą się "dr" :), a innym razem zastanawiam się, czy nie porwałam się z motyką na słońce... Proszę o modlitwę.
Dwa udane wydarzenia tegoroczne to rekolekcje dla katechetów, przeżywane właśnie z problemem podjęcia studiów i pielgrzymka rowerowa do Częstochowy, w takiej samej intencji.
Do sukcesów można też zaliczyć udane i przyjemne wakacje, świetne rekolekcje wyjazdowe z moją grupą (i niezwykle szczera rozmowa z pewną osobą podczas tych rekolekcji... dużo mi dała dobrego), zyskanie trochę większej pewności siebie w pracy w szkole, udany remont pokoju, samodzielne położenie płytek w korytarzu... :)
Sprawy nieudane czy nieprzyjemne - właściwie jedna... Bardzo żałuję, że zgodziłam się na uzupełnianie etatu w przedszkolu. Pomijając fakt, że nie czuję się dobrze w pracy z małymi dziećmi, największym problemem jest współpraca z dyrektorką... Cały czas ma do mnie pretensje o nieobecność we wtorki - jestem wtedy we Wrocławiu na wykładach - ponieważ wtedy odbywają się rady pedagogiczne dla przedszkola. Nie potrafię zrozumieć, że w gimnazjum, gdzie mam 16 godzin, nie ma z tym żadnego problemu, wręcz przeciwnie, wszyscy są życzliwi i mnie wspierają, a tutaj... Tym bardziej, że kiedy przyjmowałam tę propozycję uprzedzałam o studiach...
Powróciłam do bardziej regularnego prowadzenia tego bloga. Niestety, większość odwiedzających pozostaje anonimowa. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna. Przynudzam?
I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem, czy czyta mnie autorka bloga: nieokrzesany charakterek. Jeśli tak, to mam takie pytanko: dlaczego nie mogę czytać Twoich postów? Każdy z nich jest zabezpieczony hasłem... To celowe, czy po prostu ja nie mam dostępu? Nie mogę się w żaden sposób z Tobą skontaktować.
Dla wszystkich moich anonimowych czytelników: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!
niedziela, 29 grudnia 2013
Niedziela Świętej Rodziny
(Syr 3,2-6.12-14)
Pan uczcił ojca przez dzieci, a prawa matki nad synami utwierdził. Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził. Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany. Kto szanuje ojca, długo żyć będzie, a kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce: Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie.
Jakie to prozaiczne i proste... Słowo Boże nie jest oderwane od życia. Księga Syracha to właściwie jeden wielki poradnik dot. życia codziennego. Szkoda tylko, że wielu to traktuje jak przestarzałe mądrości... Posłuszeństwo i szacunek wobec rodziców to chyba wartości, o jakich moi uczniowie nie słyszeli... W swojej kilkuletniej pracy w gimnazjum spotkałam dzieci pochodzące z rodzin rozbitych, niepełnych... ale też z rodzin z pozoru zupełnie zwyczajnych, a jednak dzieci te miały duże problemy z zachowaniem, z funkcjonowaniem w grupie. W rozmowach z nauczycielami dochodzimy do wniosku, że dzisiaj to rodzice słuchają dzieci, a nie dzieci rodziców... Brak szacunku do rodziców, okłamywanie ich, nieposłuszeństwo są na porządku dziennym. W takim kontekście słowa dzisiejszego czytania brzmią dziwnie obco: szanuj ojca, matkę; miej wyrozumiałość, nie pogardzaj...
Zacznijmy traktować Słowo Boże na poważnie!! To nie jest zbiór umoralniających historyjek... Słowo Boże jest "żywe i skuteczne" - tylko musimy tak je traktować.
A zadanie dla mnie - katechety? Uświadamiać to moim uczniom, uczyć ich życia Słowem Bożym na co dzień.
Pan uczcił ojca przez dzieci, a prawa matki nad synami utwierdził. Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził. Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany. Kto szanuje ojca, długo żyć będzie, a kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce: Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie.
Jakie to prozaiczne i proste... Słowo Boże nie jest oderwane od życia. Księga Syracha to właściwie jeden wielki poradnik dot. życia codziennego. Szkoda tylko, że wielu to traktuje jak przestarzałe mądrości... Posłuszeństwo i szacunek wobec rodziców to chyba wartości, o jakich moi uczniowie nie słyszeli... W swojej kilkuletniej pracy w gimnazjum spotkałam dzieci pochodzące z rodzin rozbitych, niepełnych... ale też z rodzin z pozoru zupełnie zwyczajnych, a jednak dzieci te miały duże problemy z zachowaniem, z funkcjonowaniem w grupie. W rozmowach z nauczycielami dochodzimy do wniosku, że dzisiaj to rodzice słuchają dzieci, a nie dzieci rodziców... Brak szacunku do rodziców, okłamywanie ich, nieposłuszeństwo są na porządku dziennym. W takim kontekście słowa dzisiejszego czytania brzmią dziwnie obco: szanuj ojca, matkę; miej wyrozumiałość, nie pogardzaj...
Zacznijmy traktować Słowo Boże na poważnie!! To nie jest zbiór umoralniających historyjek... Słowo Boże jest "żywe i skuteczne" - tylko musimy tak je traktować.
A zadanie dla mnie - katechety? Uświadamiać to moim uczniom, uczyć ich życia Słowem Bożym na co dzień.
niedziela, 22 grudnia 2013
4. niedziela Adwentu
(Iz 7,10-14)
Pan przemówił do Achaza tymi słowami: Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze! Lecz Achaz odpowiedział: Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę. Wtedy rzekł [Izajasz]: Słuchajcie więc, domu Dawidowy: Czyż mało wam naprzykrzać się ludziom, iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu? Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel.
Bardzo lubię ten fr. Izajasza. Tym bardziej, że mogę pochwalić się wiedzą na ten temat :) Proroctwo, jakie Izajasz wygłasza Achazowi dotyczyło narodzin jego syna, Ezechiasza. Jednak bardzo szybko ten tekst zaczął być rozumiany głębiej, jako proroctwo mesjańskie. Ciekawa rzecz, że w tekście hebr. użyto słowa "almah" - młoda dziewczyna, ale w tłumaczeniu na grecki, w Septuagincie, pojawia się słowo "parthenos" - dziewica. I w taki sposób cytuje ten fragment św. Mateusz, odnosząc do poczęcia Jezusa. Co to znaczy? Znaczy tyle, że takie było rozumienie tego tekstu - żydzi widzieli w młodej dziewczynie dziewicę, było to dla nich oczywiste - skoro nie jest mężatką, musi być dziewicą. Natomiast w kulturze hellenistycznej nie było już to takie oczywiste, młoda dziewczyna niekoniecznie była dziewicą. Dlatego tłumacz wybrał inne słowo, aby precyzyjnie oddać sens.
Tyle teologii. Co ten tekst znaczy dla nas? Dla Boga nie ma nic niemożliwego. On sprawia, że Maryja - Dziewica staje się matką. Bóg chce, żebyśmy byli zbawieni, daje nam znaki. Postawa Achaza trąci hipokryzją: on nie chce prosić Boga o znak, zasłaniając się pobożnością, ale tak naprawdę nie chce, żeby Bóg ingerował w jego plany. Bóg czasem zmienia nasze plany, ma inny pomysł na nasze życie, ale to On ma rację, On wie, co tak naprawdę jest dla nas dobre. Maryja i Józef pewnie też mieli swoje plany: dom, liczna rodzina... Bóg je zmienił, ale wynikło z tego tylko dobro.
Pan przemówił do Achaza tymi słowami: Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze! Lecz Achaz odpowiedział: Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę. Wtedy rzekł [Izajasz]: Słuchajcie więc, domu Dawidowy: Czyż mało wam naprzykrzać się ludziom, iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu? Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel.
Bardzo lubię ten fr. Izajasza. Tym bardziej, że mogę pochwalić się wiedzą na ten temat :) Proroctwo, jakie Izajasz wygłasza Achazowi dotyczyło narodzin jego syna, Ezechiasza. Jednak bardzo szybko ten tekst zaczął być rozumiany głębiej, jako proroctwo mesjańskie. Ciekawa rzecz, że w tekście hebr. użyto słowa "almah" - młoda dziewczyna, ale w tłumaczeniu na grecki, w Septuagincie, pojawia się słowo "parthenos" - dziewica. I w taki sposób cytuje ten fragment św. Mateusz, odnosząc do poczęcia Jezusa. Co to znaczy? Znaczy tyle, że takie było rozumienie tego tekstu - żydzi widzieli w młodej dziewczynie dziewicę, było to dla nich oczywiste - skoro nie jest mężatką, musi być dziewicą. Natomiast w kulturze hellenistycznej nie było już to takie oczywiste, młoda dziewczyna niekoniecznie była dziewicą. Dlatego tłumacz wybrał inne słowo, aby precyzyjnie oddać sens.
Tyle teologii. Co ten tekst znaczy dla nas? Dla Boga nie ma nic niemożliwego. On sprawia, że Maryja - Dziewica staje się matką. Bóg chce, żebyśmy byli zbawieni, daje nam znaki. Postawa Achaza trąci hipokryzją: on nie chce prosić Boga o znak, zasłaniając się pobożnością, ale tak naprawdę nie chce, żeby Bóg ingerował w jego plany. Bóg czasem zmienia nasze plany, ma inny pomysł na nasze życie, ale to On ma rację, On wie, co tak naprawdę jest dla nas dobre. Maryja i Józef pewnie też mieli swoje plany: dom, liczna rodzina... Bóg je zmienił, ale wynikło z tego tylko dobro.
piątek, 20 grudnia 2013
Adwent... zbyt krótki?
Adwent mija mi zdecydowanie zbyt szybko... po prostu na nic nie mam czasu, kolejne dni uciekają... Natłok pracy, obowiązków, nauki... Zabrakło mi nawet czasu na zaplanowane komentarze do Liturgii Słowa. Może zmobilizuję się w Okresie Bożego Narodzenia?
Obecnie wiem, czego jeszcze NIE zrobiłam:
- nie mam ŻADNYCH przygotowanych materiałów na rekolekcje dla oazy
- nie napisałam sprawozdania do szkolenia z oceniania kształtującego
- nie wyrabiam się z lekturami dot. studiów
- nie zrobiłam jeszcze tego, tamtego...
Czuję się przygnębiona i bezradna, do tego jeszcze dochodzi nieprzyjemny konflikt z dyrektorką przedszkola, w którym mam (nie)przyjemność uzupełniać dwie brakujące do etatu godziny...
To wszystko przesłania mi radość z oczekiwania na Boże Narodzenie. Na szczęście, teraz kilka dni na złapanie oddechu. Właściwie to przyjemnie zaczęło się już dzisiaj - miałam spotkanie opłatkowe z moją grupą oazową. Było bardzo miło, śpiewaliśmy kolędy, żartowaliśmy... Chciałabym utrzymać ten nastrój :)
niedziela, 1 grudnia 2013
I niedziela Adwentu... Izajasz
(Iz 2,1-5)
Widzenie Izajasza, syna Amosa, dotyczące Judy i Jerozolimy: Stanie się na końcu czasów, że góra świątyni Pana stanie mocno na wierzchu gór i wystrzeli ponad pagórki. Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pana do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami. Bo Prawo wyjdzie z Syjonu i słowo Pańskie - z Jeruzalem. On będzie rozjemcą pomiędzy ludami i wyda wyroki dla licznych narodów. Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny. Chodźcie, domu Jakuba, postępujmy w światłości Pańskiej!
Zaczyna się Adwent... można powiedzieć: znowu. Znowu te same czytania, "powtórka z Izajasza"... I jak zwykle można na nowo odkryć bogactwo Słowa Bożego. Izajasz zapowiada czasy mesjańskie. Mnie dziś najbardziej dotykają słowa: "Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie już oręża, nie będą się więcej zaprawiać do wojny". Mesjasz przyniesie pokój. Mi ostatnio tego pokoju bardzo brakuje... niepowodzenia w szkole, trudności z pewną klasą, a przede wszystkim "konflikt interesów" z proboszczem... Nie żadna wojna, kłótnia czy coś, tylko po prostu poczucie, że mamy inne spojrzenie na pewne sprawy, że nie podoba mi się sposób, w jaki ksiądz próbuje przeprowadzić swoje plany... Do tego stopnia, że dziś z pewnym wysiłkiem przekazałam mu znak pokoju... Potrzebny mi pokój, ale sama się z tym nie uporam, potrzebuję pomocy od Pana. Adwent to dobry czas, żeby zacząć odbudowywać w sobie to, co się rozsypało...
Widzenie Izajasza, syna Amosa, dotyczące Judy i Jerozolimy: Stanie się na końcu czasów, że góra świątyni Pana stanie mocno na wierzchu gór i wystrzeli ponad pagórki. Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pana do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami. Bo Prawo wyjdzie z Syjonu i słowo Pańskie - z Jeruzalem. On będzie rozjemcą pomiędzy ludami i wyda wyroki dla licznych narodów. Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny. Chodźcie, domu Jakuba, postępujmy w światłości Pańskiej!
Zaczyna się Adwent... można powiedzieć: znowu. Znowu te same czytania, "powtórka z Izajasza"... I jak zwykle można na nowo odkryć bogactwo Słowa Bożego. Izajasz zapowiada czasy mesjańskie. Mnie dziś najbardziej dotykają słowa: "Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie już oręża, nie będą się więcej zaprawiać do wojny". Mesjasz przyniesie pokój. Mi ostatnio tego pokoju bardzo brakuje... niepowodzenia w szkole, trudności z pewną klasą, a przede wszystkim "konflikt interesów" z proboszczem... Nie żadna wojna, kłótnia czy coś, tylko po prostu poczucie, że mamy inne spojrzenie na pewne sprawy, że nie podoba mi się sposób, w jaki ksiądz próbuje przeprowadzić swoje plany... Do tego stopnia, że dziś z pewnym wysiłkiem przekazałam mu znak pokoju... Potrzebny mi pokój, ale sama się z tym nie uporam, potrzebuję pomocy od Pana. Adwent to dobry czas, żeby zacząć odbudowywać w sobie to, co się rozsypało...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

