Katecheza w gimnazjum nie jest łatwa. Czasami mam wrażenie, że do moich uczniów nic nie dociera, że religia to dla nich "zło konieczne", zwłaszcza że wymagam od nich trochę: robię sprawdziany, kartkówki. Zastanawiam się, czy wina nie jest po mojej stronie: może nie przekazuję prawd wiary ciekawie, nie umiem ich zainteresować? Po części pewnie tak, widzę często, że mogłabym jakoś lepiej przygotować swoje lekcje...
Jednak nawet te lekcje, którym mam wiele do zarzucenia, mogą przynieść jakieś owoce. Czasem jakieś moje zdanie, komentarz, czasem tekst z podręcznika może trafić do ucznia, wywołać jakieś reakcje, dać do myślenia.W zeszłym tygodniu padły takie dwie "perełki".
1) Lekcja o przykazaniu "Nie zabijaj".
Poruszyliśmy kwestię aborcji, ktoś zapytał, co zrobić, kiedy dziewczyna została zgwałcona, i nie chce mieć dziecka, które tą drogą zostało poczęte. Dlaczego wtedy nie może dokonać aborcji? Kilkoro uczniów było poruszonych moim pytaniem-argumentem: Kogo należy ukarać za gwałt? - No, gwałciciela. - No właśnie, a nie dziecko. I więcej wyjaśnień nie było potrzebne...
2) Lekcja o przykazaniu "Nie kradnij"
Tym razem nie ja, tylko podręcznik :) Wymienione w nim były szczegółowe zachowania, podpadające pod pojęcie kradzieży, m. in.: niszczenie cudzej własności, niedotrzymywanie umów, marnowanie czasu itp. Jedna z moich uczennic skomentowała: Teraz możemy sobie uświadomić, jak często grzeszymy, ile jeszcze trzeba nad sobą pracować... No comment :)
Choć takie sytuacje nie zdarzają się często, to jednak się zdarzają. A to sprawia, że chce mi się pracować, bo chyba coś z tego wynika :)
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
czwartek, 18 kwietnia 2013
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Wielkanoc
Uwielbiam Święta Zmartwychwstania, kocham liturgię Triduum Paschalnego - tyle w niej znaków, symboli, treści... Bardzo lubię uczestniczyć w liturgii, tym bardziej, że jestem bardzo blisko wszystkiego - od wielu już lat pełnię w moim kościele parafialnym funkcję lektora, a przy okazji podpowiadam młodszym ministrantom, co należy w tej liturgii robić. Dlatego muszę być cały czas skupiona na tym, co się dzieje, więc jeszcze głębiej przeżywam te obchody.
W tym roku dostałam "awans" - ksiądz proboszcz poprosił, abym w Wielki Piątek czytała kwestie narratora podczas czytania Męki Pańskiej. Szczerze mówiąc, marzyłam o tym od dawna... Czytaliśmy więc Mękę Pańską z podziałem na role: ja - narrator; jeden z ministrantów - tłum i "inni"; ksiądz - Jezus. A następnego dnia dowiedziałam się, że ktoś zadzwonił do księdza, żeby powiedzieć, że czytanie Męki Pańskiej bardzo się podobało... Miło zostać docenionym :)
W te święta, na rodzinnym spotkaniu, powiedziałam głośno coś, nad czym się czasami zastanawiam - studia doktoranckie. Myśl, żeby kontynuować naukę nawiedza mnie raz na jakiś czas. Teraz, kiedy powiedziałam to głośno, oczywiście rodzinka bardzo mnie wspiera i zachęca. Ta wizja zaczyna nabierać realnych kształtów. Jeszcze nie wiem, co zrobić, bo najtrudniej będzie pogodzić studia z pracą w szkole, z której zrezygnować nie mogę i nie chcę. Muszę więc wziąć się w garść, przełamać nieśmiałość i tchórzostwo, no i dowiedzieć się, co na to dyrekcja mojej szkoły, czy byłoby możliwe tak dostosować plan lekcji, żebym mogła studiować. Warto by było porozmawiać też z Ks. Dyr. Instytutu, który kończyłam, w sprawie perspektyw pracy wykładowcy itp.
Potrzebuję dużego wsparcia modlitewnego :)
W tym roku dostałam "awans" - ksiądz proboszcz poprosił, abym w Wielki Piątek czytała kwestie narratora podczas czytania Męki Pańskiej. Szczerze mówiąc, marzyłam o tym od dawna... Czytaliśmy więc Mękę Pańską z podziałem na role: ja - narrator; jeden z ministrantów - tłum i "inni"; ksiądz - Jezus. A następnego dnia dowiedziałam się, że ktoś zadzwonił do księdza, żeby powiedzieć, że czytanie Męki Pańskiej bardzo się podobało... Miło zostać docenionym :)
W te święta, na rodzinnym spotkaniu, powiedziałam głośno coś, nad czym się czasami zastanawiam - studia doktoranckie. Myśl, żeby kontynuować naukę nawiedza mnie raz na jakiś czas. Teraz, kiedy powiedziałam to głośno, oczywiście rodzinka bardzo mnie wspiera i zachęca. Ta wizja zaczyna nabierać realnych kształtów. Jeszcze nie wiem, co zrobić, bo najtrudniej będzie pogodzić studia z pracą w szkole, z której zrezygnować nie mogę i nie chcę. Muszę więc wziąć się w garść, przełamać nieśmiałość i tchórzostwo, no i dowiedzieć się, co na to dyrekcja mojej szkoły, czy byłoby możliwe tak dostosować plan lekcji, żebym mogła studiować. Warto by było porozmawiać też z Ks. Dyr. Instytutu, który kończyłam, w sprawie perspektyw pracy wykładowcy itp.
Potrzebuję dużego wsparcia modlitewnego :)
niedziela, 17 marca 2013
Wyjść poza własne podwórko
Jakiś czas temu przeczytałam niezwykła książkę: "Last minute: 24h chrześcijaństwa na świecie" Szymona Hołowni. Osobiście bardzo lubię jego książki, styl pisania, podziwiam wiedzę teologiczną oraz orientowanie się w "aktualnych trendach" w Kościele.
Ta książka to reportaż z niezwykłej podróży po Kościele w świecie. Jakie jest życie chrześcijan w Egipcie, Zambii, Hondurasie czy Papui-Nowej Gwinei? Relacje Hołowni z różnych miejsc pozwalają wyjść poza nasze polskie podwórko; przekonać się, że chrześcijaństwo jest żywe i piękne w różnych częściach świata.
Dla mnie ta książka to swego rodzaju "rachunek sumienia". Czy moja wiara to nie tylko pobożność i rutyna, czy to prawdziwa, żywa relacja z Bogiem? Świadectwa ludzi żyjących w różnych zakątkach świata pomagają spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.
Ta książka to był prezent, jaki sobie sprawiłam na Mikołajki. A przypomniałam sobie o niej, kiedy wśród "faworytów konklawe" zobaczyłam nazwisko kard. Maradiangi z Hondurasu - w jednym z rozdziałów znajduje się relacja ze spotkania z nim :)
Ta książka to reportaż z niezwykłej podróży po Kościele w świecie. Jakie jest życie chrześcijan w Egipcie, Zambii, Hondurasie czy Papui-Nowej Gwinei? Relacje Hołowni z różnych miejsc pozwalają wyjść poza nasze polskie podwórko; przekonać się, że chrześcijaństwo jest żywe i piękne w różnych częściach świata.
Dla mnie ta książka to swego rodzaju "rachunek sumienia". Czy moja wiara to nie tylko pobożność i rutyna, czy to prawdziwa, żywa relacja z Bogiem? Świadectwa ludzi żyjących w różnych zakątkach świata pomagają spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.
Ta książka to był prezent, jaki sobie sprawiłam na Mikołajki. A przypomniałam sobie o niej, kiedy wśród "faworytów konklawe" zobaczyłam nazwisko kard. Maradiangi z Hondurasu - w jednym z rozdziałów znajduje się relacja ze spotkania z nim :)
środa, 13 marca 2013
Papież Franciszek
Konklawe się zakończyło, zanim się na dobre rozpoczęło :) Oglądam sobie spokojnie jakiśtam serial, a ty nagle... biały dym! I to niecierpliwe oczekiwanie, zanim wreszcie papież ukaże się na balkonie... Jaki będzie? Kto nim będzie? I jakie przyjmie imię?
Moje przeczucia były słuszne -wybrano kard. Bergoglio z Argentyny - czyli"trafiłam" z Ameryką Południową. Natomiast zastanowiło mnie imię -Franciszek. Papieża Franciszka jeszcze nie było. Oczywiście, od razu nasuwa się skojarzenie ze św. Franciszkiem z Asyżu. Ja sobie pomyślałam, że skoro św. Franciszek pojawił się w czasie, kiedy Kościół przeżywał kryzys związany z gromadzeniem bogactw, wystawnym życiem, wtedy zaczął głosić powrót do ewangelicznej wartości ubóstwa. Może nowy papież będzie chciał zmienić "materialne"oblicze Kościoła? Poza tym, bardzo uderzyły mnie jego pierwsze słowa - prośba o modlitwę... Skłoniły mnie one do refleksji: czy ja modlę się za innych? Nie tylko za tych, na których mi zależy, ale i za tych, którzy emocjonalnie są mi obojętni, a o tę modlitwę prosili? No i jeszcze jedno -czy umiem prosić, żeby i za mnie się modlić?
Moje przeczucia były słuszne -wybrano kard. Bergoglio z Argentyny - czyli"trafiłam" z Ameryką Południową. Natomiast zastanowiło mnie imię -Franciszek. Papieża Franciszka jeszcze nie było. Oczywiście, od razu nasuwa się skojarzenie ze św. Franciszkiem z Asyżu. Ja sobie pomyślałam, że skoro św. Franciszek pojawił się w czasie, kiedy Kościół przeżywał kryzys związany z gromadzeniem bogactw, wystawnym życiem, wtedy zaczął głosić powrót do ewangelicznej wartości ubóstwa. Może nowy papież będzie chciał zmienić "materialne"oblicze Kościoła? Poza tym, bardzo uderzyły mnie jego pierwsze słowa - prośba o modlitwę... Skłoniły mnie one do refleksji: czy ja modlę się za innych? Nie tylko za tych, na których mi zależy, ale i za tych, którzy emocjonalnie są mi obojętni, a o tę modlitwę prosili? No i jeszcze jedno -czy umiem prosić, żeby i za mnie się modlić?
wtorek, 12 marca 2013
Konklawe
Dawno nic nie pisałam, ale to jeszcze nie znaczy, że nic się nie dzieje. Może nawet dzieje się zbyt dużo, i nie mam czasu zebrać moich myśli i napisać jakąś notkę.
Dziś rozpoczyna się konklawe. Wiadomość o rezygnacji Benedykta XVI była dla mnie zaskoczeniem, ale jakoś szybko pogodziłam się z nową sytuacją. Ja raczej patrzę w przyszłość - jaki będzie nowy papież? Kościół jest w tej chwili w dość trudnej sytuacji: Europa staje się coraz bardziej zliberalizowana i zsekularyzowana, mnożą się (słuszne lub nie) ataki na Kościół, kapłanów, a przede wszystkim moralność chrześcijańską. Potrzebny jest silny papież, który dobrze orientuje się w problemach rozwijającego się świata.
Pozostaje prosić Ducha Świętego, aby kardynałowie potrafili odczytać wolę Bożą.
Oremus :)
Dziś rozpoczyna się konklawe. Wiadomość o rezygnacji Benedykta XVI była dla mnie zaskoczeniem, ale jakoś szybko pogodziłam się z nową sytuacją. Ja raczej patrzę w przyszłość - jaki będzie nowy papież? Kościół jest w tej chwili w dość trudnej sytuacji: Europa staje się coraz bardziej zliberalizowana i zsekularyzowana, mnożą się (słuszne lub nie) ataki na Kościół, kapłanów, a przede wszystkim moralność chrześcijańską. Potrzebny jest silny papież, który dobrze orientuje się w problemach rozwijającego się świata.
Pozostaje prosić Ducha Świętego, aby kardynałowie potrafili odczytać wolę Bożą.
Oremus :)
wtorek, 6 listopada 2012
Zrobiłam :)
Pochwalę się nowym dziełem - chusta szydełkowa. Tym razem jestem zadowolona z efektu, wszystko wyszło tak, jak chciałam. Teraz czekam na zamówione nici, bo będę robić firankę.
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
Świetny sposób na odprężenie po pracy. Można jednocześnie słuchać muzyki, oglądać film, albo nawet grać w jakieś klocki na komputerze :)
niedziela, 4 listopada 2012
"Odświeżone" hobby
Dawno się nie odzywałam, chyba nie bardzo mam o czym pisać :) Dlatego dzisiaj będzie (znowu) o tym, co robię w wolnym czasie. Pisałam już o czytaniu książek, jeździe rowerem, chwaliłam się haftem krzyżykowym. Właściwie to lubię niemal wszystko, co można określić mianem "rękodzieła". Jakiś czas temu naszło mnie na robienie "kwiatków" techniką origami modułowego, tzw. kusudamy (takie kuliste "cosie") :)
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
A niedawno "przypomniałam sobie", że przecież umiem robić na szydełku! Ponieważ szydełkowych serwetek mam pełną szufladę, postanowiłam zabrać się za "ambitniejszy" projekt. I tak powstało szydełkowe ponczo, którego wykonanie zajęło mi dwa tygodnie. Teraz pracuję nad chustą, a w planach... firanka :) W międzyczasie - jesienny listek. Efekty pracy - poniżej.
P.S. Ciekawe, kiedy mi przejdzie...
piątek, 14 września 2012
Znalezienie Jezusa w świątyni
Znalezienie dwunastoletniego Jezusa w świątyni - 5. tajemnica radosna. Rozważając tę tajemnicę najczęściej skupiamy się na słowach Jezusa - o byciu w tym, co należy do Jego Ojca. Mnie ostatnio uderzyło coś zupełnie innego. Przecież, żeby znaleźć Jezusa, trzeba Go było najpierw zgubić. Przytrafiło się to Jego rodzicom, którzy wracali z Jerozolimy po przeżyciu uroczystego święta. Można się domyślać, że pielgrzymi byli jeszcze w podniosłym, świątecznym nastroju, w ich uszach brzmiały jeszcze paschalne hymny i psalmy, być może w sercach rozważali wielkie tajemnice wiary, wielbili Boga... I w tym świątecznym nastroju zgubili Jezusa...
Moja refleksja - czy nie zdarza mi się zgubić Jezusa nawet w świątecznym i podniosłym nastroju? Przyszły mi na myśl rekolekcje wyjazdowe dla mojej wspólnoty. Czy w natłoku obowiązków, dopilnowania wszystkiego, ułożenia programu tak, żeby był atrakcyjny dla uczestników, nie gubię gdzieś po drodze Jezusa? Wydaje mi się, że schodzi On w moich przeżyciach na dalszy plan, gubi się gdzieś w mojej pobożności, w moim świętowaniu. Wiem, że brzmi to paradoksalnie. Jednak jestem przekonana, że można zgubić Jezusa nawet w pobożności, w modlitwie, w uroczystości. Jeśli coś innego absorbuje moją uwagę i aktywność, to nawet modlitwa, adoracja Najśw. Sakramentu może odbywać się "bez Jezusa". Gdzieś Go gubię...
Podobnie było kilka dni temu, kiedy w mojej parafii odbywała się wizytacja biskupa i bierzmowanie. Szczerze mówiąc, ani podczas przygotowań, ani w czasie bierzmowania, nie miałam czasu ani sił skupić się na modlitwie. Bo trzeba dopilnować czytających, niosących dary, ustawić ich we właściwym porządku...
Często dostrzegam, że mimo specyfiki mojej pracy i działalności w parafii, gubię gdzieś po drodze sens i cel: Chrystusa. Na szczęście, Duch Święty czuwa i daje mi takie sygnały, abym wiedziała, KTO jest w tym wszystkim najważniejszy.
Moja refleksja - czy nie zdarza mi się zgubić Jezusa nawet w świątecznym i podniosłym nastroju? Przyszły mi na myśl rekolekcje wyjazdowe dla mojej wspólnoty. Czy w natłoku obowiązków, dopilnowania wszystkiego, ułożenia programu tak, żeby był atrakcyjny dla uczestników, nie gubię gdzieś po drodze Jezusa? Wydaje mi się, że schodzi On w moich przeżyciach na dalszy plan, gubi się gdzieś w mojej pobożności, w moim świętowaniu. Wiem, że brzmi to paradoksalnie. Jednak jestem przekonana, że można zgubić Jezusa nawet w pobożności, w modlitwie, w uroczystości. Jeśli coś innego absorbuje moją uwagę i aktywność, to nawet modlitwa, adoracja Najśw. Sakramentu może odbywać się "bez Jezusa". Gdzieś Go gubię...
Podobnie było kilka dni temu, kiedy w mojej parafii odbywała się wizytacja biskupa i bierzmowanie. Szczerze mówiąc, ani podczas przygotowań, ani w czasie bierzmowania, nie miałam czasu ani sił skupić się na modlitwie. Bo trzeba dopilnować czytających, niosących dary, ustawić ich we właściwym porządku...
Często dostrzegam, że mimo specyfiki mojej pracy i działalności w parafii, gubię gdzieś po drodze sens i cel: Chrystusa. Na szczęście, Duch Święty czuwa i daje mi takie sygnały, abym wiedziała, KTO jest w tym wszystkim najważniejszy.
piątek, 24 sierpnia 2012
Wspomnienia z wakacji
Zakochałam się w Mazurach. Ot tak, po prostu. W tym roku byłam tam drugi raz, i tegoroczny wyjazd był cudowny. Spędziłam go całkowicie zgodnie z moimi upodobaniami: rower, kajak, książka... Udało się tak dlatego, że pojechaliśmy w większym gronie, czyli rodzice i brat, wujostwo oraz mój dobry kolega. I właśnie dzięki temu ostatniemu udało mi się zrealizować moje wakacyjne plany. Ja preferuję aktywny wypoczynek, uwielbiam pojeździć sobie na rowerze, popływać, albo poczytać na słoneczku. Z kolei mój brat woli wyjazdy samochodowe do różnych miejsc i zwiedzanie, oraz pizzerie, restauracje itp. Dlatego też, w ubiegłym roku musiałam bardziej dopasować się do tego sposobu spędzania czasu. W tym roku natomiast wpadłam na genialny (jak się okazało) pomysł, aby zabrać na wakacje przyjaciela. On też lubi rowery, kajaki... dzięki temu mogłam spędzać czas w ulubiony sposób, a moi bliscy nie martwili się, że jeżdżę sama rowerem po nieznanym lesie. Na wyprawach rowerowych byliśmy trzy razy, raz na dłuższej wyprawie kajakowej rzeką Sapiną, oprócz tego podjęliśmy się robienia zakupów, i kilka razy, wstając o 7.00 rano, jechaliśmy na rowerach do oddalonych o 5 km Kruklanek po świeży chleb na śniadanie. Innym razem pojechaliśmy rowerami do Węgorzewa (reszta rodzinki pojechała samochodem)m bo odbywał się tam folklorystyczny jarmark. I jeszcze jedna ciekawostka: w Kruklankach, na słupie od linii energetycznych, zobaczyłam ciekawy znak - żółtą muszlę na niebieskim tle. Jest to oznakowanie Szlaku Jakuba, czyli Camino de Santiago de Compostela :) Okazuje się, że te średniowieczne szlaki są na nowo odkrywane i oznaczane.
Tegoroczne wakacje zaliczam więc do bardzo udanych!
Tegoroczne wakacje zaliczam więc do bardzo udanych!
| Na kajaku |
| widok na jezioro Gołdopiwo podczas wyprawy rowerowej |
| Oznaczenie Camino de Santiago |
| Jarmark w Węgorzewie - ręcznie malowane naczynia |
wtorek, 21 sierpnia 2012
Ewangelią jak obuchem po głowie
Sporo jest prawdy w tym, co pisał Brandsteatter w "Kręgu biblijnym", że można czytać jakiś fragment Biblii wielokrotnie, i właściwie nic w nim nie znaleźć, aż tu nagle...
Spotkało mnie to całkiem niedawno. Ileż to razy czytałam fragmenty o ukazywaniu się zmartwychwstałego Jezusa uczniom. Wydawałoby się, że nic już mnie nie zaskoczy. Jak bardzo się myliłam...
"Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata»". [Mt 28,16-20]
Co mnie tak poraziło? Jedno zdanie, którego przy mniej uważnym czytaniu można nawet nie zauważyć: "Niektórzy jednak wątpili". Jak to wątpili? Przecież ukazał im się Jezus, zgromadzeni uczniowie oddali Mu pokłon. Chyba bardziej przekonującego dowodu na Zmartwychwstanie już nie można przedstawić. A jednak... Serce zamknięte na Boga odrzuca wszelkie argumenty, nawet najbardziej oczywiste. Tak się zaczęłam zastanawiać, co pomyśleli sobie ci, którzy nawet na widok Jezusa wątpili. Że to oszustwo? Że to nie Jezus, tylko ktoś podobny? Jak bardzo musieli być zamknięci na prawdę, zatwardziali w swoich przekonaniach, że mieli wątpliwości nawet w tak bezpośrednim spotkaniu?
Jeśli ktoś nie chce przyjąć Prawdy, to nic go nie przekona. Jezus też mówił, że niektórych ludzi nie przekonają nawet umarli wstający z grobów (patrz --> przypowieść o bogaczu i Łazarzu). Ten tekst sprowokował mnie do wdzięczności Bogu za łaskę wiary. Nie wiem, czy to powód do dumy i chwalenia się, ale ja jakoś nigdy nie miałam wątpliwości w wierze. Zastanawiam się, o czym to świadczy :) Czy jestem tak naiwna? Chyba nie, bo poszukuję odpowiedzi, wyjaśnień na to, czego nie rozumiem. Ale nawet niezrozumienie nie staje się dla mnie powodem do wątpienia. To pewnie łaska Boga, że moja wiara jest taka, hmmm, jak to wyrazić, niewzruszona? Nie wiem, czy mogę określić ją jako silną czy głęboką, ale na pewno mocno się jej trzymam, i jeszcze nie spotkało mnie nic, co mogłoby tę moją wiarę jakoś naruszyć. Chyba ma jakieś mocne fundamenty :)
Spotkało mnie to całkiem niedawno. Ileż to razy czytałam fragmenty o ukazywaniu się zmartwychwstałego Jezusa uczniom. Wydawałoby się, że nic już mnie nie zaskoczy. Jak bardzo się myliłam...
"Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata»". [Mt 28,16-20]
Co mnie tak poraziło? Jedno zdanie, którego przy mniej uważnym czytaniu można nawet nie zauważyć: "Niektórzy jednak wątpili". Jak to wątpili? Przecież ukazał im się Jezus, zgromadzeni uczniowie oddali Mu pokłon. Chyba bardziej przekonującego dowodu na Zmartwychwstanie już nie można przedstawić. A jednak... Serce zamknięte na Boga odrzuca wszelkie argumenty, nawet najbardziej oczywiste. Tak się zaczęłam zastanawiać, co pomyśleli sobie ci, którzy nawet na widok Jezusa wątpili. Że to oszustwo? Że to nie Jezus, tylko ktoś podobny? Jak bardzo musieli być zamknięci na prawdę, zatwardziali w swoich przekonaniach, że mieli wątpliwości nawet w tak bezpośrednim spotkaniu?
Jeśli ktoś nie chce przyjąć Prawdy, to nic go nie przekona. Jezus też mówił, że niektórych ludzi nie przekonają nawet umarli wstający z grobów (patrz --> przypowieść o bogaczu i Łazarzu). Ten tekst sprowokował mnie do wdzięczności Bogu za łaskę wiary. Nie wiem, czy to powód do dumy i chwalenia się, ale ja jakoś nigdy nie miałam wątpliwości w wierze. Zastanawiam się, o czym to świadczy :) Czy jestem tak naiwna? Chyba nie, bo poszukuję odpowiedzi, wyjaśnień na to, czego nie rozumiem. Ale nawet niezrozumienie nie staje się dla mnie powodem do wątpienia. To pewnie łaska Boga, że moja wiara jest taka, hmmm, jak to wyrazić, niewzruszona? Nie wiem, czy mogę określić ją jako silną czy głęboką, ale na pewno mocno się jej trzymam, i jeszcze nie spotkało mnie nic, co mogłoby tę moją wiarę jakoś naruszyć. Chyba ma jakieś mocne fundamenty :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

