poniedziałek, 16 stycznia 2012

Ta historia nie powinna się wydarzyć

Przeczytałam tę książkę jednym tchem, praktycznie nie mogłam się oderwać. Właściwie książka zasługuje na 6, ale... No właśnie, pojawia się "ale". Książka jest świetna, ale lepiej by było, gdyby jej nie było... Opowiada ona bowiem autentyczną historię.
Autorka od wielu lat zajmuje się opieką zastępczą. Trafiają do niej dzieci, które z różnych powodów zostały odebrane biologicznym rodzicom. W domu Cathy uczą się życia w normalnej rodzinie.
Tym razem Cathy podjęła się opieki nad ośmioletnią Jodie. Dziewczynka wydaje się "podejrzana", ponieważ w ciągu czterech tygodni przeszła przez pięć rodzin zastępczych. Cathy zdecydowała się podjąć ogromny wysiłek, aby pomóc dziewczynce. Wiązały się z tym nieprzespane noce, nerwy, poczucie bezradności, brak czasu dla siebie i pozostałych członków rodziny... a efektów długo nie było. A kiedy w końcu się pojawiły, okazały się straszne. Jodie zaczęła ujawniać przerażające fakty ze swojej przeszłości...
Ta książka powaliła mnie na kolana. Przeraził mnie ogrom cierpienia i okrucieństwo, jakie dotknęło dziewczynkę ze strony najbliższych. Zirytowała mnie powolność, nieudolność i bezradność policji, opieki społecznej i tych, których zadaniem jest pomagać i starać się zapobiec takim sytuacjom. Denerwowało niezrozumiałe milczenie i obojętność ludzi, którzy otrzymywali sygnały, że dzieje się coś złego.
Ta historia nie powinna się wydarzyć. Niestety, miała miejsce. Z pewnością nie jest to jedyny i wyjątkowy przypadek. Takich historii, nieopisanych, jest wiele.Warto wiec przeczytać. Może dzięki temu staniemy się bardziej wrażliwi na krzywdę innych? Może będziemy wiedzieli, jak zareagować?

środa, 11 stycznia 2012

Niezwykła okazja i fantastyczne spotkanie

Relikwie bł. JPII
W ubiegłą sobotę (7 stycznia) mieliśmy w parafii niezwykłą uroczystość - wprowadzenie relikwii bł. Jana Pawła II. Cała uroczystość przebiegała wzorowo, było bardzo dużo ludzi (podobno rozdano ok. 700 Komunii św.!). Cóż, "atrakcją" był zaproszony gość - ks. proboszcz zaprosił na tę uroczystość o. Jana Górę, który przyjechał z grupą młodzieży z duszpasterstwa akademickiego. O. Góra wygłosił konferencję na temat roli, jaką Jan Paweł II odegrał w jego życiu, w powstawaniu Lednicy i spotkań młodzieży. Wypowiadali się także ci, którzy z nim przyjechali.
Mnie spotkała podwójna przyjemność :) O. Góra pochwalił mnie publicznie (!) za piękne przeczytanie Słowa Bożego, potem jeszcze proboszcz podziękował mi za pracę i przygotowanie młodzieży, a o. Góra zaprosił mnie wraz z młodzieżą na Lednicę. I wszystko "spadło" z ambony! Bardzo miłe uczucie, nie powiem...
Po Mszy św. razem z oazowiczami poszliśmy na salkę parafialną na spotkanie z o. Górą i "jego ludźmi". Tutaj zostałam ponownie kilkakrotnie pochwalona (ach...), i zostaliśmy zaproszeni na rekolekcje do Lednicy. Oczywiście, jak moi to usłyszeli, to od razu jakieś porozumiewawcze spojrzenia kierowali w moja stronę. Pewnie, że pojedziemy, a co?!
Wrażenia niesamowite. Poczułam się bardzo dowartościowana, to naprawdę miłe. Chociaż sama zdaje sobie sprawę, że na tyle pochwał nie zasługuję...

wtorek, 27 grudnia 2011

Święta, Święta...

Zacznę banalnie: "Święta, święta i po świętach". Faktycznie, świąteczne dni przeminęły, teraz kilka dni wolnego i znów wracam do codziennej rutyny. Czy jednak coś się zmieniło? Co mi dały te święta? Cóż, nie doświadczyłam jakiś mistycznych przeżyć, uniesień. A jednak Boże Narodzenie wprowadza jakiś pokój w serce człowieka. Największa radość dla mnie - widok moich uczniów przystępujących do Komunii świętej. Zawsze wtedy na mojej twarzy pojawia się uśmiech...
Najprzyjemniejsze jednak było przeżywanie Bożego Narodzenia z moją grupą oazową.
22 grudnia odbyło się spotkanie opłatkowe Parafialnej Wspólnoty Oazowej. Na to uroczyste spotkanie (które wyjątkowo odbyło się w czwartek) przyszli niemal wszyscy członkowie grupy – ci, którzy są we wspólnocie od niemal 5 lat, i ci, którzy przyłączyli się całkiem niedawno. „Opłatek” stał się okazją do zacieśnienia łączących nas więzi.
Rozpoczęliśmy uroczystym odczytaniem Ewangelii o narodzeniu Jezusa, (to szczególne zadanie powierzyliśmy najmłodszemu członkowi grupy :) ), a następnie podzieliliśmy się opłatkiem, składając sobie życzenia. Nie obyło się bez wzruszeń – niektórym łezka zakręciła się w oku… Potem zasiedliśmy do suto zastawionego stołu – znalazły się na nim słodycze, owoce, a nawet pierogi i barszcz. Uroczysty nastrój podkreślał biały obrus i płonące świece. Nie zabrakło oczywiście kolęd. Marta zagrała nam na skrzypcach, a potem wszyscy włączyliśmy się do śpiewu. W kolędowaniu prym wiedli najstarsi chłopcy – animatorzy, którzy postanowili (pomagając sobie śpiewnikiem) zawstydzić dziewczęta, (które w oazie są większością :) )  i zaśpiewać jak najwięcej zwrotek każdej kolędy.
Spotkanie upłynęło w radosnej atmosferze, w takich chwilach jeszcze bardziej czujemy się wspólnotą. A „sprawdzianem” poczucia odpowiedzialności za wspólnotę było… zmywanie naczyń. Oazowicze nie szukali wymówek, ale wspólnie zmobilizowali się do pracy, aby w kilkanaście minut zaprowadzić porządek.
Oazowy „opłatek” wprowadził nas w klimat świąt i przygotował do radosnego przeżywania Bożego Narodzenia w naszych rodzinach.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

"Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie" Mt 10,8


Ewangelia, sakramenty, wiara - to wszystko darmowe dary Boże. Otrzymujemy je po to, żeby się nimi dzielić. Jeśli nie przekazujemy ich dalej, stają się martwe i bezwartościowe.

Jako katechetka jestem jeszcze bardziej odpowiedzialna za głoszenie Ewangelii. Mam przekazywać dalej to, co za darmo otrzymałam. Staram się więc jak tylko potrafię.  Pojawia się jednak "ale". Jezus mówi, żeby dawać darmo. A jak jest ze mną? Nie chodzi mi tu o pensję nauczyciela, bo to jest oczywistą, zresztą Jezus mówił, że robotnik zasługuje na swoją zapłatę (por. Mt 10,10). Problem tkwi w bardziej niematerialnej zapłacie. Chciałabym czuć, ze moja praca jest doceniana, zwłaszcza przez młodzież. Chciałabym usłyszeć, ze któryś z moich uczniów mnie zawdzięcza jakiś swój sukces czy zbliżenie do Boga. Egoizm? Pewnie tak. Ale też trochę ciągła potrzeba dowartościowania. Chciałabym czuć się potrzebna, ważna. I to już nie jest "darmo".

czwartek, 1 grudnia 2011

"Mieć dziecko" - czyli co ostatnio przeczytałam

Choć narzekam na brak czasu, na czytanie zawsze znajdę chwilę. Ostatnio pochłonęłam "Nianię w Nowym Jorku". Spodziewałam się czegoś zabawnego na odprężenie po pracy, a tu niespodzianka...

Bohaterką książki jest młoda studentka, która chce dorobić sobie do studiów i zostaje opiekunką do dzieci. Historia, która zapowiadała się na lekką i pogodną lekturę, wcale taką nie jest. Książka opiera się na autentycznych doświadczeniach autorek, które także były opiekunkami dzieci bogaczy. Powieść bezlitośnie ukazuje bolesną prawdę - dla wielu bogatych ludzi dziecko to kolejny gadżet, który wypada mieć, bo to należy do dobrego tonu.

Bohaterka historii, Nan, zostaje opiekunką czteroletniego Grayera. Jego matka, zawsze pięknie ubrana, odżywiająca dziecko wg najnowszych diet, angażująca się w działalność różnych klubów, wykorzystuje Nan do granic możliwości. Oprócz opieki nad Grayerem Nan załatwia sprawunki, rezerwuje miejsca w restauracji, odbiera rzeczy z pralni. Ojciec chłopca, bardzo-zapracowany-prezes-poważnej-firmy chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę, że ma syna. Pani X traktuje Nan jak niewolnicę, wyrzuca jej "brak zaangażowania", kiedy dziewczyna spieszy się na zajęcia czy egzamin na studiach. Postanawia zmienić opiekunkę, gdy Nan odmawia wyjazdu na urlop (dojeżdża kolejnego dnia), ponieważ w tym dniu ma rozdanie dyplomów na uczelni. Dlaczego Nan nie rzuciła pracy? Bo pokochała małego człowieczka. Małżeństwo X zaczyna się rozpadać, a nikt poza Nan nie widzi, jak bardzo Grayer potrzebuje ojca. Chłopiec wpada w histerię, jeśli nie ma przypiętej do ubrania wizytówki taty (która jest w strzępach), a po kolejnych scenach między rodzicami nie rozstaje się z ojcowskim krawatem. Ale przecież… przecież niczego mu nie brakuje! Ma zabawki, chodzi do najlepszego przedszkola, uczy się pływać, jeździć na łyżwach, mówić po francusku, grać na fortepianie… Czego więcej trzeba? Specjalnie zatrudniona konsultantka orzeka, że powinien poznawać łacińskie słowa, słuchać lektury fachowych czasopism (np.  "Wall Street Journal") oraz ubierać się zgodnie z Diagramem Garderoby. Oczywiście, nie robi tego jeszcze, bo "Nan się nie przykłada". O miłości rodziców specjalna konsultantka nic nie mówi…

Książka porusza serce. Widzimy tragedię niekochanego dziecka, któremu zmienia się opiekunki za każdym razem, gdy się do nich przyzwyczai. Widzimy rodziców, którzy mają dziecko po to, żeby pochwalić się przed znajomymi, do jakiej to prestiżowej szkoły uczęszcza ich pociecha (szkoły z internatem, oczywiście).
Ot, brutalna rzeczywistość...

Więcej opinii o książce tutaj

poniedziałek, 28 listopada 2011

Krótki wpis bieżący

Bardzo się ostatnio opuściłam w pisaniu postów :( Głównie dlatego, że sporo pracy mam ostatnio. W szkole teraz taki czas, że sporo sprawdzianów, kartkówek, bo przecież muszę mieć jakieś oceny, żeby wystawić ocenę na półrocze. Poza tym jutro moi uczniowie mają prezentację projektu, wiec musiałam z nimi trochę posiedzieć po lekcjach. Z 1b mam robić jasełka, a choć wybrałam krótki i łatwy scenariusz, to oczywiście nie chce im się zostać na próbie. Ech... tak w ogóle, to nie lubię tej klasy... Przedszkolaki są bardzo męczące, jakoś nie czuję się dobrze jako katechetka w przedszkolu. Teraz będę robić z nimi lampiony roratnie, ale to z kolei wiąże się z ogromem mojej pracy - muszę im wyciąć szablony, bo sami sobie z tym nie poradzą. Piszę nieskładnie i marudzę, bo jestem ostatnio bardzo zmęczona, znużona... Nawet czasu na lectio divina nie mam...

niedziela, 13 listopada 2011

Mt 25,14-30 - czyli przypowieść o talentach

"14 Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. 15 Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz 16 ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. 17 Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. 18 Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. 19 Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. 20 Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". 21 Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 22 Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". 23 Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 24 Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. 25 Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!" 26 Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. 27 Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. 28 Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. 29 Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. 30 A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".(Mt 25,14-30)

Wykorzystałam tę przypowieść do rozważań na ostatnim spotkaniu oazy. Tym razem było mało osób,więc nie pracowali w grupach, prowadzonych przez animatorów, ale to ja poprowadziłam dyskusję. A było co prowadzić! Moi najlepsi animatorzy, czyli Klaudia i Szymon rozpętali niezłą burzę wokół tej przypowieści, a dokładniej: byli oburzeni, że ten ostatni sługa został ukarany. Rozmawiało się świetnie, uwielbiam, kiedy tak poważnie podchodzą do tekstu biblijnego. Zastanawialiśmy się nad odniesieniem Ewangelii do naszego życia - jak często mamy okazję zrobić coś dobrego, a tej okazji nie wykorzystujemy? Poza tym nawiązałam do specyfiki naszej grupy. W przypowieści słudzy, którzy wykazali się inicjatywą, otrzymali taką "dziwną" nagrodę: "byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię" - czyli dołożono im obowiązków. Odniosłam to właśnie do moich animatorów - okazali się wierni w drobnych sprawach, dlatego w nagrodę mają więcej obowiązków i odpowiedzialności, zwłaszcza podczas nadchodzących rekolekcji wyjazdowych.

Zastanowiłam się także nad własnym życiem w świetle tej przypowieści. Bóg przecież dał mi pewne zdolności, możliwości - mam je wykorzystywać i pomnażać. I nie czekać na nagrodę... A ja tak bardzo bym chciała czuć się doceniona, zwłaszcza przez "moje" dzieci. Z drugiej strony, nie lubię, żeby mnie jakoś specjalnie chwalono. Trudno to ująć w słowa... Po prostu - muszę robić to, w czym jestem dobra i co mi wychodzi.

piątek, 4 listopada 2011

Porażka czy wręcz odwrotnie?

Przygotowania do rekolekcji wyjazdowych w toku. Dziś miałam małą naradę z częścią animatorów. Taka burza mózgów, różne pomysły podawali i zastanawialiśmy się nad możliwością ich realizacji. Sama już nie wiem... Ja trochę inaczej widzę pewne sprawy. Po prostu boję się, że zbyt duża swoboda sprawi, ze coś zbroją, a to ja będę odpowiedzialna. Choć pomysły mają niezłe, np. obejrzenie filmu na pogodnym wieczorze, zrobienie pizzy czy jakiś innych smakołyków, no i oczywiście ciągle maglowana sprawa "wolnego czasu". Ja oczywiście mam obiekcje co do każdego z ich pomysłów...

- obejrzenie filmu - potrzebny jest rzutnik multimedialny, trzeba go pożyczyć od księdza proboszcza. To drogi sprzęt, boję się brać odpowiedzialność, tym bardziej, że mam dwie lewe ręce do techniki. Chyba, że coś jest moje...
- pizza i inne kulinarne pomysły - boję się zostawić ich w kuchni z różnymi "niebezpiecznymi" narzędziami. A przecież nie będę ich pilnować przez cały czas
- czas wolny - panicznie boję się, że coś się stanie.

Oni znają moje obiekcje. A przecież bardzo bym chciała, żeby te rekolekcje były udane.Zastanawiam się, czy nie ulec w paru sprawach. I tu właśnie pojawia się problem. Mam wrażenie, że jeśli ustąpię im w jakiejś kwestii, będzie to moja porażka. Odbiorą to jako moją słabość, możliwość wykorzystania mnie i manipulowania. Rozum mi mówi, że to nie tak, że tak nie jest. A uczucia co innego... Pewnie wynika to z mojego słabego poczucia własnej wartości, że bardzo boję się odrzucenia, potrzebuję "dowodów" akceptacji. Jak się z tym uporać???

piątek, 28 października 2011

Rozwiązanie sprawy

W poprzednim wpisie opowiadałam o niezręcznej sytuacji, jaka pojawiła się w mojej grupie. Dzisiaj dziewczyny chciały porozmawiać po spotkaniu. No i trochę sobie wyjaśniłyśmy. Nieporozumienie wynikło ze złego zrozumienia moich słów, z niedomówień i nadinterpretacji. Niestety, z tego powodu przez trzy tygodnie każda z nas źle się czuła i miała jakiś tłumiony żal. Przeprosiłyśmy się nawzajem, poprosiłam, żeby zawsze mi mówiły, że coś jest nie tak, bo potem niepotrzebnie tłumimy w sobie żale. Mam nadzieję, że wszystko będzie już ok.

środa, 26 października 2011

Smutno...

Ostatnio trochę mi zgrzyta w oazie... Atmosfera się nieco zepsuła. A wszystko przez jakieś niedomówienia, niejasności, ukrywanie wzajemnych żali. Otóż podobno kilka tygodni temu, na spotkaniu, na którym po raz pierwszy byli nowi chętni z pierwszych klas gimnazjum, podczas przedstawiania (przeze mnie) pozostałych członków grupy, ktoś poczuł się urażony, pominięty, zlekceważony  i takie tam podobne. Ja, oczywiście, nic o tym nie wiedziałam. Tydzień później, moja "nadworna psycholożka" X. chciała mi zwrócić uwagę, ale nie zdążyła i, cytuję "myślała, że jakoś to naprawię" - najpierw musiałabym wiedzieć, że coś zrobiłam nie tak. No cóż, czytać w myślach nie potrafię. Potem X. bardzo nie pasowało, że nie zamierzam robić luźniejszego planu dnia na naszych wyjazdowych rekolekcjach. Jej zdaniem poprzednio plan dnia był zbyt napięty. No i konflikt narastał :(
W sobotę wieczorem X. uznała za stosowne wyjaśnić mi swoje żale w dość długich wiadomościach przesyłanych za pomocą internetu. Niestety, ogólny wynik rozmowy nie był dla mnie przyjemny... Wyszło na to, że jestem niesprawiedliwa wobec oazowiczów, że podczas przedstawiania o jednych powiedziałam mniej, o innych więcej i przez to poczuli się urażeni, że poprzednie rekolekcje doprowadziły do podziałów i spowodowały problemy, i ogólnie wszystko jest beznadziejne - tak końcówka to już moja '"nadinterpretacja". Nie dawało mi to spokoju, dręczyłam się przez pół niedzieli, w końcu, po długich wahaniach napisałam SMS-a do Y.. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on mi "wygarnie", jeśli robię coś nie tak. Y. chętnie się zgodził porozmawiać, nawet przyszedł do mnie pieszo (2 km), bo nie miał w domu roweru do dyspozycji. Rozmowa z nim podniosła mnie na duchu. Y. nie podzielił zdania X. co do mojej niesprawiedliwości i spraw związanych z organizacją wyjazdowych rekolekcji. Poza tym zaproponował, że mam dać im (tzn. animatorom) więcej odpowiedzialności, żeby wszystko nie było na mojej głowie.
Na kolejnym spotkaniu nadal czułam, że coś jest nie tak, choć tym razem nie było X. I doszłam do wniosku, że jakiś żal ma do mnie Z., moja "prawa ręka", a przy okazji przyjaciółka X. Niestety, Z. nie miała czasu w tym tygodniu ze mną porozmawiać, napisała tylko w SMS-ie, co ją ubodło - że podczas przedstawiania członków grupy (kiedy Jej nie było) ją pominęłam i powiedziałam, że jest "nieusprawiedliwiona". Cóż, odpowiedziałam jej, że mi jest przykro, że jak ma coś do mnie, to nie mówi mi wprost (po 4 latach współpracy!) i dodałam, że na pewno nie określiłam jej jako "nieusprawiedliwionej". Widocznie X. miała złe informacje... Bo to od niej Z. miała relację z tamtego spotkania. A X. w swoich wiadomościach pisała, że "ktoś", "inni", "niektórzy" jej coś tam mówili. Nie znoszę takich określeń,bo to brzmi jak jakiś donos od "życzliwych".
No nic, pożaliłam się trochę. Czekam na piątkowe spotkanie, zobaczymy...