Za mną trzy intensywne dni- szkolne rekolekcje wielkopostne. Bardzo męczące, choć udane :) Jednak trochę sobie muszę ponarzekać... Niestety, w tym roku praktycznie wszystko było na mojej głowie - od załatwienia rekolekcjonisty do opieki nad uczniami w kościele. Dlaczego? Właściwie z kilku powodów. Załatwienia rekolekcjonisty podjęłam się sama, bo mój dobry znajomy, ks. Marcin, został wikarym w pobliskiej parafii, i postanowiłam wykorzystać okazję. Inna sprawa to reszta spraw organizacyjnych. Dyrekcja mojej szkoły zadecydowała, że rekolekcje mają odbywać się tylko w kościele, a nie w szkole. Ok. Ale: WSZYSTKO spada na barki katechetów - czyli mnie i ks. Leszka. A ks. Leszek? Od marca pracuje także w swojej parafii na zastępstwie, więc w poniedziałek i środę nie przyjechał. Czyli cały kościół na mojej głowie. Na szczęście decyzją dyrekcji dojazd na rekolekcje uczniowie mieli sobie organizować we własnym zakresie, toteż nie musiałam zapewniać im opieki aż do czasu odjazdu autobusu (14.30!!). Poza tym oczywiście inni nauczyciele nie poczuli się w obowiązku do jakiejkolwiek aktywności podczas rekolekcji. W poniedziałek i wtorek w szkole odbywały się szkolenia (na które, oczywiście, prosto z kościoła musiałam się udać, a jakże), a dzisiaj... no cóż,nauczyciele mieli "pozaprotokołowe" wolne...
Dobra, już nie marudzę :) Teraz dobre strony. Ks. Marcin świetnie poprowadził te rekolekcje - mówił ciekawie, urozmaicał naukę przez rekwizyty, filmy itp. Moje oazowe dziewczyny również świetnie się spisały. Śpiewały, czytały lekcję i modlitwę powszechną, zaśpiewały psalm, no i nie miały żadnych oporów przed wyjściem na środek kościoła, żeby pokazywać gesty do piosenek. Kochane moje!
Kiedy ludzie dowiadują się, jaki jest mój zawód, dziwnie na mnie patrzą... A bycie katechetką to coś wspaniałego! Sami się przekonajcie...
środa, 14 marca 2012
niedziela, 26 lutego 2012
Wychowanie (i nauczanie) to wyzwanie
Cytat z lektury: "Łatwo być dumnym z dziecka, które ma same szóstki i zdobywa zwycięskie punkty dla swojej drużyny - takie dzieci są otoczone powszechnym zachwytem. Ale prawdziwym wyzwaniem jest odnalezienie czegoś godnego miłości w dziecku, które jest powszechnie znienawidzone" - J. Picoult, "Dziewiętnaście minut", Warszawa 2009, s. 197.
Słowa te wypowiedziała w powieści matka chłopaka, który rozpętał w szkole strzelaninę i zabił dziesięcioro swoich rówieśników. Abstrahując jednak od treści książki, ten cytat bardzo zapadł mi w pamięć, bo pasuje jak ulał do nauczyciela - katechety. Łatwo lubić "szóstkowych" uczniów, którzy w dodatku prowadzą "poprawne" życie sakramentalne. O wiele trudniej poczuć sympatię, albo inaczej, nie-znienawidzić uczniów uprzykrzających życie na każdym kroku... A przecież takich spotykam wielu.
Moja refleksja, pobudzona tymi słowami, poszła w dwóch kierunkach. Po pierwsze - zdarzają mi się tacy uczniowie, których bardzo lubię i właściwie nie mogę o nich powiedzieć złego słowa... Tymczasem większość nauczycieli skarży się na tych uczniów, a obiektywnie rzecz biorąc, mają rację... Co prawda odwrotne sytuacje też się zdarzają, czyli: nie znoszę ucznia, o którym inni wyrażają się bardzo pochlebnie. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z pewnością z bardzo oczywistego powodu: subiektywne uczucia. Po prostu, jakiś uczeń wzbudził moją sympatię, bo np. ma podobne poczucie humoru jak ja, i jego wybryki potrafię obrócić w żart, dzięki czemu nie mam większych powodów, żeby się na danego ucznia skarżyć. Inny uczeń znowu interesuje się tym, co ja (snookerem na przykład) i chętnie ze mną na dany temat rozmawia. W takich sytuacjach trudno oddzielić subiektywne uczucia od obiektywnej oceny ucznia - nie jest to jednak niemożliwe, przynajmniej bardzo się staram :)
Po drugie: mam też takich uczniów, których dosłownie nie znoszę, na sam widok "nóż mi się w kieszeni otwiera". Bardzo niepedagogiczna postawa... ale ludzka. I znowu: jak oddzielić moją niechęć do ucznia od obiektywnej oceny? Żeby, kolokwialnie rzecz biorąc, nie uwziąć się na niego? Dzisiaj sprawdzałam sprawdzian jednego z takich uczniów, i napisał go "za dobrze" - po prostu bezczelnie ściągał i oczekiwał podpowiedzi. I tu mój ogromny błąd: ja, naiwna, upominałam go kilka razy, ale kartki nie zabrałam... Co mam zrobić? Kazać mu napisać jeszcze raz? Akurat, zaraz mi powie: "nie przyłapała mnie pani!". Trudne to jest.
Trudne zwłaszcza dlatego, że przecież mam ich nauczyć dostrzegać Chrystusa w każdym człowieku. Nie nauczę ich tego, dyktując notatkę do zeszytu... To MUSI BYĆ moja postawa, zgodna z tym, co mówię. A ja ciągle upadam...
Słowa te wypowiedziała w powieści matka chłopaka, który rozpętał w szkole strzelaninę i zabił dziesięcioro swoich rówieśników. Abstrahując jednak od treści książki, ten cytat bardzo zapadł mi w pamięć, bo pasuje jak ulał do nauczyciela - katechety. Łatwo lubić "szóstkowych" uczniów, którzy w dodatku prowadzą "poprawne" życie sakramentalne. O wiele trudniej poczuć sympatię, albo inaczej, nie-znienawidzić uczniów uprzykrzających życie na każdym kroku... A przecież takich spotykam wielu.
Moja refleksja, pobudzona tymi słowami, poszła w dwóch kierunkach. Po pierwsze - zdarzają mi się tacy uczniowie, których bardzo lubię i właściwie nie mogę o nich powiedzieć złego słowa... Tymczasem większość nauczycieli skarży się na tych uczniów, a obiektywnie rzecz biorąc, mają rację... Co prawda odwrotne sytuacje też się zdarzają, czyli: nie znoszę ucznia, o którym inni wyrażają się bardzo pochlebnie. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z pewnością z bardzo oczywistego powodu: subiektywne uczucia. Po prostu, jakiś uczeń wzbudził moją sympatię, bo np. ma podobne poczucie humoru jak ja, i jego wybryki potrafię obrócić w żart, dzięki czemu nie mam większych powodów, żeby się na danego ucznia skarżyć. Inny uczeń znowu interesuje się tym, co ja (snookerem na przykład) i chętnie ze mną na dany temat rozmawia. W takich sytuacjach trudno oddzielić subiektywne uczucia od obiektywnej oceny ucznia - nie jest to jednak niemożliwe, przynajmniej bardzo się staram :)
Po drugie: mam też takich uczniów, których dosłownie nie znoszę, na sam widok "nóż mi się w kieszeni otwiera". Bardzo niepedagogiczna postawa... ale ludzka. I znowu: jak oddzielić moją niechęć do ucznia od obiektywnej oceny? Żeby, kolokwialnie rzecz biorąc, nie uwziąć się na niego? Dzisiaj sprawdzałam sprawdzian jednego z takich uczniów, i napisał go "za dobrze" - po prostu bezczelnie ściągał i oczekiwał podpowiedzi. I tu mój ogromny błąd: ja, naiwna, upominałam go kilka razy, ale kartki nie zabrałam... Co mam zrobić? Kazać mu napisać jeszcze raz? Akurat, zaraz mi powie: "nie przyłapała mnie pani!". Trudne to jest.
Trudne zwłaszcza dlatego, że przecież mam ich nauczyć dostrzegać Chrystusa w każdym człowieku. Nie nauczę ich tego, dyktując notatkę do zeszytu... To MUSI BYĆ moja postawa, zgodna z tym, co mówię. A ja ciągle upadam...
piątek, 17 lutego 2012
Wrażenia porekolekcyjne
Pojechałam z parafialną grupą na rekolekcje wyjazdowe. Zaryzykowałam i zgodziłam się na 5 dni.Temat: tajemnice światła. Wyjazd przekroczył moje wszelkie oczekiwania. Było wspaniale i fantastycznie!
Grupa liczyła 16 osób, w tym 5 osób bardzo zaawansowanych, czyli moich animatorów. Zachowali się nadzwyczaj odpowiedzialnie. Nie było żadnego naruszenia regulaminu, żadnego łamania zasad, żadnych buntów na pokładzie. Coś pięknego! W moim przypadku - zero zmęczenia i nerwów, tylko trochę niewyspania...
Wyjazd bardzo zintegrował grupę. Tak bardzo, że choć wróciliśmy przedwczoraj, to już planują kolejny wyjazd, nawet zaplanowali termin, chcą jechać w wakacje. Dzisiaj odwiedziło mnie "trzech muszkieterów" - czyli trzech animatorów, przyszli odebrać zdjęcia, a spotkanie przerodziło się w planowanie następnych rekolekcji. Oprócz tego umówili się już na jakiś mecz jutro, na wyjazd na lodowisko we wtorek... cudownie, naprawdę...
Najlepiej spisali się animatorzy - 3 chłopaków i 2 dziewczyny. Obiecywali mi, że mam się niczym nie martwić, i dotrzymali słowa. Pełnili swoje obowiązki, przestrzegali zasad, świetnie prowadzili zajęcia w grupach. Było skupienie i zabawa. Był czas na modlitwę i na wygłupy. Bardzo mnie zaskoczyło przestrzeganie ciszy - była taka godzina w ciągu dnia, kiedy obowiązywała absolutna cisza w domu, ponieważ był to czas na Namiot Spotkania. I okazuje się, że nikt się nie wyłamywał. Stwierdziłam, że z taką grupą mogę jeździć wszędzie. Dlatego planujemy następne!
Grupa liczyła 16 osób, w tym 5 osób bardzo zaawansowanych, czyli moich animatorów. Zachowali się nadzwyczaj odpowiedzialnie. Nie było żadnego naruszenia regulaminu, żadnego łamania zasad, żadnych buntów na pokładzie. Coś pięknego! W moim przypadku - zero zmęczenia i nerwów, tylko trochę niewyspania...
Wyjazd bardzo zintegrował grupę. Tak bardzo, że choć wróciliśmy przedwczoraj, to już planują kolejny wyjazd, nawet zaplanowali termin, chcą jechać w wakacje. Dzisiaj odwiedziło mnie "trzech muszkieterów" - czyli trzech animatorów, przyszli odebrać zdjęcia, a spotkanie przerodziło się w planowanie następnych rekolekcji. Oprócz tego umówili się już na jakiś mecz jutro, na wyjazd na lodowisko we wtorek... cudownie, naprawdę...
Najlepiej spisali się animatorzy - 3 chłopaków i 2 dziewczyny. Obiecywali mi, że mam się niczym nie martwić, i dotrzymali słowa. Pełnili swoje obowiązki, przestrzegali zasad, świetnie prowadzili zajęcia w grupach. Było skupienie i zabawa. Był czas na modlitwę i na wygłupy. Bardzo mnie zaskoczyło przestrzeganie ciszy - była taka godzina w ciągu dnia, kiedy obowiązywała absolutna cisza w domu, ponieważ był to czas na Namiot Spotkania. I okazuje się, że nikt się nie wyłamywał. Stwierdziłam, że z taką grupą mogę jeździć wszędzie. Dlatego planujemy następne!
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ta historia nie powinna się wydarzyć
Przeczytałam tę książkę jednym tchem, praktycznie nie mogłam się oderwać. Właściwie książka zasługuje na 6, ale... No właśnie, pojawia się "ale". Książka jest świetna, ale lepiej by było, gdyby jej nie było... Opowiada ona bowiem autentyczną historię.
Autorka od wielu lat zajmuje się opieką zastępczą. Trafiają do niej dzieci, które z różnych powodów zostały odebrane biologicznym rodzicom. W domu Cathy uczą się życia w normalnej rodzinie.
Tym razem Cathy podjęła się opieki nad ośmioletnią Jodie. Dziewczynka wydaje się "podejrzana", ponieważ w ciągu czterech tygodni przeszła przez pięć rodzin zastępczych. Cathy zdecydowała się podjąć ogromny wysiłek, aby pomóc dziewczynce. Wiązały się z tym nieprzespane noce, nerwy, poczucie bezradności, brak czasu dla siebie i pozostałych członków rodziny... a efektów długo nie było. A kiedy w końcu się pojawiły, okazały się straszne. Jodie zaczęła ujawniać przerażające fakty ze swojej przeszłości...
Ta książka powaliła mnie na kolana. Przeraził mnie ogrom cierpienia i okrucieństwo, jakie dotknęło dziewczynkę ze strony najbliższych. Zirytowała mnie powolność, nieudolność i bezradność policji, opieki społecznej i tych, których zadaniem jest pomagać i starać się zapobiec takim sytuacjom. Denerwowało niezrozumiałe milczenie i obojętność ludzi, którzy otrzymywali sygnały, że dzieje się coś złego.
Ta historia nie powinna się wydarzyć. Niestety, miała miejsce. Z pewnością nie jest to jedyny i wyjątkowy przypadek. Takich historii, nieopisanych, jest wiele.Warto wiec przeczytać. Może dzięki temu staniemy się bardziej wrażliwi na krzywdę innych? Może będziemy wiedzieli, jak zareagować?
Autorka od wielu lat zajmuje się opieką zastępczą. Trafiają do niej dzieci, które z różnych powodów zostały odebrane biologicznym rodzicom. W domu Cathy uczą się życia w normalnej rodzinie.
Tym razem Cathy podjęła się opieki nad ośmioletnią Jodie. Dziewczynka wydaje się "podejrzana", ponieważ w ciągu czterech tygodni przeszła przez pięć rodzin zastępczych. Cathy zdecydowała się podjąć ogromny wysiłek, aby pomóc dziewczynce. Wiązały się z tym nieprzespane noce, nerwy, poczucie bezradności, brak czasu dla siebie i pozostałych członków rodziny... a efektów długo nie było. A kiedy w końcu się pojawiły, okazały się straszne. Jodie zaczęła ujawniać przerażające fakty ze swojej przeszłości...
Ta książka powaliła mnie na kolana. Przeraził mnie ogrom cierpienia i okrucieństwo, jakie dotknęło dziewczynkę ze strony najbliższych. Zirytowała mnie powolność, nieudolność i bezradność policji, opieki społecznej i tych, których zadaniem jest pomagać i starać się zapobiec takim sytuacjom. Denerwowało niezrozumiałe milczenie i obojętność ludzi, którzy otrzymywali sygnały, że dzieje się coś złego.
Ta historia nie powinna się wydarzyć. Niestety, miała miejsce. Z pewnością nie jest to jedyny i wyjątkowy przypadek. Takich historii, nieopisanych, jest wiele.Warto wiec przeczytać. Może dzięki temu staniemy się bardziej wrażliwi na krzywdę innych? Może będziemy wiedzieli, jak zareagować?
środa, 11 stycznia 2012
Niezwykła okazja i fantastyczne spotkanie
| Relikwie bł. JPII |
Mnie spotkała podwójna przyjemność :) O. Góra pochwalił mnie publicznie (!) za piękne przeczytanie Słowa Bożego, potem jeszcze proboszcz podziękował mi za pracę i przygotowanie młodzieży, a o. Góra zaprosił mnie wraz z młodzieżą na Lednicę. I wszystko "spadło" z ambony! Bardzo miłe uczucie, nie powiem...
Po Mszy św. razem z oazowiczami poszliśmy na salkę parafialną na spotkanie z o. Górą i "jego ludźmi". Tutaj zostałam ponownie kilkakrotnie pochwalona (ach...), i zostaliśmy zaproszeni na rekolekcje do Lednicy. Oczywiście, jak moi to usłyszeli, to od razu jakieś porozumiewawcze spojrzenia kierowali w moja stronę. Pewnie, że pojedziemy, a co?!
Wrażenia niesamowite. Poczułam się bardzo dowartościowana, to naprawdę miłe. Chociaż sama zdaje sobie sprawę, że na tyle pochwał nie zasługuję...
wtorek, 27 grudnia 2011
Święta, Święta...
Zacznę banalnie: "Święta, święta i po świętach". Faktycznie, świąteczne dni przeminęły, teraz kilka dni wolnego i znów wracam do codziennej rutyny. Czy jednak coś się zmieniło? Co mi dały te święta? Cóż, nie doświadczyłam jakiś mistycznych przeżyć, uniesień. A jednak Boże Narodzenie wprowadza jakiś pokój w serce człowieka. Największa radość dla mnie - widok moich uczniów przystępujących do Komunii świętej. Zawsze wtedy na mojej twarzy pojawia się uśmiech...
Najprzyjemniejsze jednak było przeżywanie Bożego Narodzenia z moją grupą oazową.
Najprzyjemniejsze jednak było przeżywanie Bożego Narodzenia z moją grupą oazową.
22 grudnia odbyło się spotkanie opłatkowe Parafialnej Wspólnoty Oazowej. Na to uroczyste spotkanie (które wyjątkowo odbyło się w czwartek) przyszli niemal wszyscy członkowie grupy – ci, którzy są we wspólnocie od niemal 5 lat, i ci, którzy przyłączyli się całkiem niedawno. „Opłatek” stał się okazją do zacieśnienia łączących nas więzi.
Rozpoczęliśmy uroczystym odczytaniem Ewangelii o narodzeniu Jezusa, (to szczególne zadanie powierzyliśmy najmłodszemu członkowi grupy
), a następnie podzieliliśmy się opłatkiem, składając sobie życzenia. Nie obyło się bez wzruszeń – niektórym łezka zakręciła się w oku… Potem zasiedliśmy do suto zastawionego stołu – znalazły się na nim słodycze, owoce, a nawet pierogi i barszcz. Uroczysty nastrój podkreślał biały obrus i płonące świece. Nie zabrakło oczywiście kolęd. Marta zagrała nam na skrzypcach, a potem wszyscy włączyliśmy się do śpiewu. W kolędowaniu prym wiedli najstarsi chłopcy – animatorzy, którzy postanowili (pomagając sobie śpiewnikiem) zawstydzić dziewczęta, (które w oazie są większością
) i zaśpiewać jak najwięcej zwrotek każdej kolędy.
Spotkanie upłynęło w radosnej atmosferze, w takich chwilach jeszcze bardziej czujemy się wspólnotą. A „sprawdzianem” poczucia odpowiedzialności za wspólnotę było… zmywanie naczyń. Oazowicze nie szukali wymówek, ale wspólnie zmobilizowali się do pracy, aby w kilkanaście minut zaprowadzić porządek.
Oazowy „opłatek” wprowadził nas w klimat świąt i przygotował do radosnego przeżywania Bożego Narodzenia w naszych rodzinach.
Rozpoczęliśmy uroczystym odczytaniem Ewangelii o narodzeniu Jezusa, (to szczególne zadanie powierzyliśmy najmłodszemu członkowi grupy
Spotkanie upłynęło w radosnej atmosferze, w takich chwilach jeszcze bardziej czujemy się wspólnotą. A „sprawdzianem” poczucia odpowiedzialności za wspólnotę było… zmywanie naczyń. Oazowicze nie szukali wymówek, ale wspólnie zmobilizowali się do pracy, aby w kilkanaście minut zaprowadzić porządek.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
"Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie" Mt 10,8
Ewangelia, sakramenty, wiara - to wszystko darmowe dary Boże. Otrzymujemy je po to, żeby się nimi dzielić. Jeśli nie przekazujemy ich dalej, stają się martwe i bezwartościowe.
Jako katechetka jestem jeszcze bardziej odpowiedzialna za głoszenie Ewangelii. Mam przekazywać dalej to, co za darmo otrzymałam. Staram się więc jak tylko potrafię. Pojawia się jednak "ale". Jezus mówi, żeby dawać darmo. A jak jest ze mną? Nie chodzi mi tu o pensję nauczyciela, bo to jest oczywistą, zresztą Jezus mówił, że robotnik zasługuje na swoją zapłatę (por. Mt 10,10). Problem tkwi w bardziej niematerialnej zapłacie. Chciałabym czuć, ze moja praca jest doceniana, zwłaszcza przez młodzież. Chciałabym usłyszeć, ze któryś z moich uczniów mnie zawdzięcza jakiś swój sukces czy zbliżenie do Boga. Egoizm? Pewnie tak. Ale też trochę ciągła potrzeba dowartościowania. Chciałabym czuć się potrzebna, ważna. I to już nie jest "darmo".
czwartek, 1 grudnia 2011
"Mieć dziecko" - czyli co ostatnio przeczytałam
Choć narzekam na brak czasu, na czytanie zawsze znajdę chwilę. Ostatnio pochłonęłam "Nianię w Nowym Jorku". Spodziewałam się czegoś zabawnego na odprężenie po pracy, a tu niespodzianka...
Bohaterką książki jest młoda studentka, która chce dorobić sobie do studiów i zostaje opiekunką do dzieci. Historia, która zapowiadała się na lekką i pogodną lekturę, wcale taką nie jest. Książka opiera się na autentycznych doświadczeniach autorek, które także były opiekunkami dzieci bogaczy. Powieść bezlitośnie ukazuje bolesną prawdę - dla wielu bogatych ludzi dziecko to kolejny gadżet, który wypada mieć, bo to należy do dobrego tonu.
Bohaterka historii, Nan, zostaje opiekunką czteroletniego Grayera. Jego matka, zawsze pięknie ubrana, odżywiająca dziecko wg najnowszych diet, angażująca się w działalność różnych klubów, wykorzystuje Nan do granic możliwości. Oprócz opieki nad Grayerem Nan załatwia sprawunki, rezerwuje miejsca w restauracji, odbiera rzeczy z pralni. Ojciec chłopca, bardzo-zapracowany-prezes-poważnej-firmy chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę, że ma syna. Pani X traktuje Nan jak niewolnicę, wyrzuca jej "brak zaangażowania", kiedy dziewczyna spieszy się na zajęcia czy egzamin na studiach. Postanawia zmienić opiekunkę, gdy Nan odmawia wyjazdu na urlop (dojeżdża kolejnego dnia), ponieważ w tym dniu ma rozdanie dyplomów na uczelni. Dlaczego Nan nie rzuciła pracy? Bo pokochała małego człowieczka. Małżeństwo X zaczyna się rozpadać, a nikt poza Nan nie widzi, jak bardzo Grayer potrzebuje ojca. Chłopiec wpada w histerię, jeśli nie ma przypiętej do ubrania wizytówki taty (która jest w strzępach), a po kolejnych scenach między rodzicami nie rozstaje się z ojcowskim krawatem. Ale przecież… przecież niczego mu nie brakuje! Ma zabawki, chodzi do najlepszego przedszkola, uczy się pływać, jeździć na łyżwach, mówić po francusku, grać na fortepianie… Czego więcej trzeba? Specjalnie zatrudniona konsultantka orzeka, że powinien poznawać łacińskie słowa, słuchać lektury fachowych czasopism (np. "Wall Street Journal") oraz ubierać się zgodnie z Diagramem Garderoby. Oczywiście, nie robi tego jeszcze, bo "Nan się nie przykłada". O miłości rodziców specjalna konsultantka nic nie mówi…
Książka porusza serce. Widzimy tragedię niekochanego dziecka, któremu zmienia się opiekunki za każdym razem, gdy się do nich przyzwyczai. Widzimy rodziców, którzy mają dziecko po to, żeby pochwalić się przed znajomymi, do jakiej to prestiżowej szkoły uczęszcza ich pociecha (szkoły z internatem, oczywiście).
Ot, brutalna rzeczywistość...
Więcej opinii o książce tutaj
Bohaterką książki jest młoda studentka, która chce dorobić sobie do studiów i zostaje opiekunką do dzieci. Historia, która zapowiadała się na lekką i pogodną lekturę, wcale taką nie jest. Książka opiera się na autentycznych doświadczeniach autorek, które także były opiekunkami dzieci bogaczy. Powieść bezlitośnie ukazuje bolesną prawdę - dla wielu bogatych ludzi dziecko to kolejny gadżet, który wypada mieć, bo to należy do dobrego tonu.
Bohaterka historii, Nan, zostaje opiekunką czteroletniego Grayera. Jego matka, zawsze pięknie ubrana, odżywiająca dziecko wg najnowszych diet, angażująca się w działalność różnych klubów, wykorzystuje Nan do granic możliwości. Oprócz opieki nad Grayerem Nan załatwia sprawunki, rezerwuje miejsca w restauracji, odbiera rzeczy z pralni. Ojciec chłopca, bardzo-zapracowany-prezes-poważnej-firmy chyba nie bardzo zdaje sobie sprawę, że ma syna. Pani X traktuje Nan jak niewolnicę, wyrzuca jej "brak zaangażowania", kiedy dziewczyna spieszy się na zajęcia czy egzamin na studiach. Postanawia zmienić opiekunkę, gdy Nan odmawia wyjazdu na urlop (dojeżdża kolejnego dnia), ponieważ w tym dniu ma rozdanie dyplomów na uczelni. Dlaczego Nan nie rzuciła pracy? Bo pokochała małego człowieczka. Małżeństwo X zaczyna się rozpadać, a nikt poza Nan nie widzi, jak bardzo Grayer potrzebuje ojca. Chłopiec wpada w histerię, jeśli nie ma przypiętej do ubrania wizytówki taty (która jest w strzępach), a po kolejnych scenach między rodzicami nie rozstaje się z ojcowskim krawatem. Ale przecież… przecież niczego mu nie brakuje! Ma zabawki, chodzi do najlepszego przedszkola, uczy się pływać, jeździć na łyżwach, mówić po francusku, grać na fortepianie… Czego więcej trzeba? Specjalnie zatrudniona konsultantka orzeka, że powinien poznawać łacińskie słowa, słuchać lektury fachowych czasopism (np. "Wall Street Journal") oraz ubierać się zgodnie z Diagramem Garderoby. Oczywiście, nie robi tego jeszcze, bo "Nan się nie przykłada". O miłości rodziców specjalna konsultantka nic nie mówi…
Książka porusza serce. Widzimy tragedię niekochanego dziecka, któremu zmienia się opiekunki za każdym razem, gdy się do nich przyzwyczai. Widzimy rodziców, którzy mają dziecko po to, żeby pochwalić się przed znajomymi, do jakiej to prestiżowej szkoły uczęszcza ich pociecha (szkoły z internatem, oczywiście).
Ot, brutalna rzeczywistość...
Więcej opinii o książce tutaj
poniedziałek, 28 listopada 2011
Krótki wpis bieżący
Bardzo się ostatnio opuściłam w pisaniu postów :( Głównie dlatego, że sporo pracy mam ostatnio. W szkole teraz taki czas, że sporo sprawdzianów, kartkówek, bo przecież muszę mieć jakieś oceny, żeby wystawić ocenę na półrocze. Poza tym jutro moi uczniowie mają prezentację projektu, wiec musiałam z nimi trochę posiedzieć po lekcjach. Z 1b mam robić jasełka, a choć wybrałam krótki i łatwy scenariusz, to oczywiście nie chce im się zostać na próbie. Ech... tak w ogóle, to nie lubię tej klasy... Przedszkolaki są bardzo męczące, jakoś nie czuję się dobrze jako katechetka w przedszkolu. Teraz będę robić z nimi lampiony roratnie, ale to z kolei wiąże się z ogromem mojej pracy - muszę im wyciąć szablony, bo sami sobie z tym nie poradzą. Piszę nieskładnie i marudzę, bo jestem ostatnio bardzo zmęczona, znużona... Nawet czasu na lectio divina nie mam...
niedziela, 13 listopada 2011
Mt 25,14-30 - czyli przypowieść o talentach
"14 Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. 15 Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz 16 ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. 17 Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. 18 Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. 19 Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. 20 Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". 21 Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 22 Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". 23 Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 24 Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. 25 Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!" 26 Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. 27 Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. 28 Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. 29 Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. 30 A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".(Mt 25,14-30)
Wykorzystałam tę przypowieść do rozważań na ostatnim spotkaniu oazy. Tym razem było mało osób,więc nie pracowali w grupach, prowadzonych przez animatorów, ale to ja poprowadziłam dyskusję. A było co prowadzić! Moi najlepsi animatorzy, czyli Klaudia i Szymon rozpętali niezłą burzę wokół tej przypowieści, a dokładniej: byli oburzeni, że ten ostatni sługa został ukarany. Rozmawiało się świetnie, uwielbiam, kiedy tak poważnie podchodzą do tekstu biblijnego. Zastanawialiśmy się nad odniesieniem Ewangelii do naszego życia - jak często mamy okazję zrobić coś dobrego, a tej okazji nie wykorzystujemy? Poza tym nawiązałam do specyfiki naszej grupy. W przypowieści słudzy, którzy wykazali się inicjatywą, otrzymali taką "dziwną" nagrodę: "byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię" - czyli dołożono im obowiązków. Odniosłam to właśnie do moich animatorów - okazali się wierni w drobnych sprawach, dlatego w nagrodę mają więcej obowiązków i odpowiedzialności, zwłaszcza podczas nadchodzących rekolekcji wyjazdowych.
Zastanowiłam się także nad własnym życiem w świetle tej przypowieści. Bóg przecież dał mi pewne zdolności, możliwości - mam je wykorzystywać i pomnażać. I nie czekać na nagrodę... A ja tak bardzo bym chciała czuć się doceniona, zwłaszcza przez "moje" dzieci. Z drugiej strony, nie lubię, żeby mnie jakoś specjalnie chwalono. Trudno to ująć w słowa... Po prostu - muszę robić to, w czym jestem dobra i co mi wychodzi.
Wykorzystałam tę przypowieść do rozważań na ostatnim spotkaniu oazy. Tym razem było mało osób,więc nie pracowali w grupach, prowadzonych przez animatorów, ale to ja poprowadziłam dyskusję. A było co prowadzić! Moi najlepsi animatorzy, czyli Klaudia i Szymon rozpętali niezłą burzę wokół tej przypowieści, a dokładniej: byli oburzeni, że ten ostatni sługa został ukarany. Rozmawiało się świetnie, uwielbiam, kiedy tak poważnie podchodzą do tekstu biblijnego. Zastanawialiśmy się nad odniesieniem Ewangelii do naszego życia - jak często mamy okazję zrobić coś dobrego, a tej okazji nie wykorzystujemy? Poza tym nawiązałam do specyfiki naszej grupy. W przypowieści słudzy, którzy wykazali się inicjatywą, otrzymali taką "dziwną" nagrodę: "byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię" - czyli dołożono im obowiązków. Odniosłam to właśnie do moich animatorów - okazali się wierni w drobnych sprawach, dlatego w nagrodę mają więcej obowiązków i odpowiedzialności, zwłaszcza podczas nadchodzących rekolekcji wyjazdowych.
Zastanowiłam się także nad własnym życiem w świetle tej przypowieści. Bóg przecież dał mi pewne zdolności, możliwości - mam je wykorzystywać i pomnażać. I nie czekać na nagrodę... A ja tak bardzo bym chciała czuć się doceniona, zwłaszcza przez "moje" dzieci. Z drugiej strony, nie lubię, żeby mnie jakoś specjalnie chwalono. Trudno to ująć w słowa... Po prostu - muszę robić to, w czym jestem dobra i co mi wychodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

